Ostatnie wpisy
Zakładki:
AUKCJA CHARYTATYWNA DLA KUBUSIA
Blog Roku 2011
PANI SZALO RYSUJE :)
PANI SZALO WE WŁASNEJ OSOBIE
Ulubione
Tagi
|
wtorek, 15 maja 2012
NN - nieanonimowy nawykowiec.
Mysza musi pójść na odwyk. Starych nawyków. Bo się na nie nabiera jak na ser. W pułapce. Gupia mysza. (Żeby nie powiedzieć głomp ;)) Się weź myszo w garść. Bo to nie ser zjada myszę przecież :)))
piątek, 11 maja 2012
Piątek dziś słoneczny.
Ale odkrycie, co? ;) No ... dla mnie jest :) Jest też kilka innych, które pod wpływem wpływu ;) w ostatnim czasie rejestruję. Niby banalnych być może dla większości oczywistych lecz dla mnie ciągle zadziwiających i budujących odkryć. Jedno z najważniejszych - nie muszę być petentem w miłości. Smutne ze względu na przeszłość, radosne z powodu teraźniejszości, inspirujące w kontekście przyszłości. Kochać i być kochanym po królewsku nie jest łatwo ale mimo, że królewska miłość jest wymagająca na pewno jest warta starań, szacunku, wdzięczności, konsekwencji i czułości. jak mawia Mistrz: "jak chcesz to chcesz". a ja chcę :)
wtorek, 08 maja 2012
nareście :)
No już mam trochę dość bez tego lapka mojego… No ale on ciągle u dochtora. Oby przeżył. No i średnio mi z tym, że póki co nie mogę tu być zawsze wtedy kiedy chcę.. ;( no ale mam nadzieję, że to długo już nie potrwa. Co to ja chciałam…..? aaaaaaaa…. Nad morzem mogę siedzieć zawsze. Przyjemność jaką czerpię z gapienia się na wodę, wdychania morskiego powietrza i łaskotania piasku jest dla mnie porównywalna jedynie z przyjemnością jedzenia truskawek. Na plaży mogę być o każdej porze roku i za każdym razem będzie mnie cieszyć tak samo mocno. Tym razem było jeszcze bardziej. Nie tylko z powodu cudownych uczuć których nie miałam w sobie od bardzo, bardzo dawna, a teraz mam ich tyle, że mogę i chcę nimi dzielić ani też tęczowej szczęśliwości, która powoduje, że z głupkowatym ;) wyrazem twarzy biegnę codziennie przez świat pełna radości. To był wyjątkowy, królewski czas przyglądania się nie tylko spienionym falom, przesypywania piasku słów składanych w nowe zdania. Chwile refleksji, kilka ziarenek oswajanego paniszalowego strachu, przed którym cierpliwie chronią mnie ciepłe, silne, kochane ramiona. Chwile porządkowania spostrzeżeń, wyrzucania foremek starych nawyków, ogrzewania się w sobie i promieniach wiosennego słońca. Kamień węgielny z muszelek wspólnych wartości. … to był dłuuuuuugggiiii piękny weekend. Pełen wrażeń i odpoczynku, lovamurowania i rozważania, pogody i niepogody, słodkich gofrów, pocałunków wiatru, pochyłych plaż i kołyszącego półwyspu :) A potem bukiecik kolorowych kwiatków dla mnie i konwalie dla Niebieskiej.
Jest mi dobrze. Tak. Niech trwa. foto: zrobił Pan z FB swoim aparatem ;)
sobota, 28 kwietnia 2012
Sobota. Piękna.
Dziś bladym świtem obudziły mnie ptaki, zapach wiosny i ciepłe powietrze. Nie mogłam się nacieszyć tym cudnym stanem, bezsennością na granicy snu. Jasnym niebem, które nade mną, sobą miękką i ciepłą. Pachnąca pościel zaczarowała mnie na nowo. Zasnęłam szukając kochających ramion. Po raz drugi obudziło mnie słońce i rześkie pomrukiwanie domowego kota. Przyjemny prysznic, niespieszna kawa, ciepłe stópki Cripsinki, myśli tęskniące nieprzytomnie. Potem radość wielka, rozgrzana słońcem Niebieska, piski Dzieci, pluskanie wody i poszczekiwanie psa łagodnego jak baranek. Białe dziewicze kwiaty jabłonek, różowawe, figlarne pąki czereśni, emocje mieszające zmysły. A teraz już wieczór. Cichy i pachnący. Siedziałam przed chwilą na huśtawce, którą lata temu zrobił dla mnie i Crispii nasz Tata. Ciągle jasne choć już wieczorne niebo, błyszczący księżyc, wrzaski kibiców gdzieś niedaleko, trąbki, ryk motorów, zapach żużla. Jestem w domu. Szczęśliwa sama ze sobą, szczęśliwa z moją Rodziną. Szczęśliwa Miłością. Jak to się życie układa, że dostajemy to czego pragniemy dokładnie wtedy, kiedy jesteśmy gotowi to przyjąć. Codziennie dziękuję za to swojemu Bogu i Jego Losowi. foto: www.kasiasugier.com
piątek, 27 kwietnia 2012
bez tytułu? :)
Siedzę w domu Crispii i Crispina. Crispinka śpi snem sprawiedliwego. Zimne piwo, koty, psy. Bliscy Ludzie, w sercu wiosna i piękna radość. Jutro podróż i nareszcie spotkanie z Niebieską. Jak ja straszliwie za Nią tęsknię. Poza tym nastrajające mnie cudownie miejsce w którym widać gwiazdy, Zielonooka i tak dalej.Nie mogę się doczekać. Niech czas mija. Niech mijają godziny. Jestem trochę niecierpliwa ale jak być cierpliwym, kiedy serce rwie się do raju? Czuję wielki spokój i szczęście. Po cichutku też tęsknię za ramionami, które mimo, że dziś nie przy mnie - dla mnie. Myślę o frazesach, które cisną się do głowy i nie mogę się nadziwić, że miłość sama w sobie jest taka prosta. Niewiele trzeba, by śmiać się od rana do wieczora, by czerpać garściami z bliskości, by chcieć, by móc. Karmić, przytulać, być. Kocha, lubi, szanuje. Ot cała tajemnica.
foto:www.kasiasugier.com
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Delicate.
O rany :) ale dziwnie bez kompa na bieżąco (Lapek ciagle u doktora. Ciekawe czy się wyliże...). Korzystam okazjonalnie to tu to tam ale na dłuższą metę chyba dałabym radę. Chociaż sama nie wiem. Bez komputera nawet zrobienie przelewu nagle staje się problemem ;)) A z drugiej strony... ach. Chociaż - teraz mi przyszło do głowy: może to wszystko stało się akurat teraz, w tym momencie właśnie po to, żebym mogła całą sobą, bez zakłóceń i niepotrzebnych bodźców przeżywać TO? hmm... od kilku dni bardzo intensywnie myślę o tym ile razy ziemia musiała się zakręcić i w jakich kierunkach, żeby doprowadzić mnie do punktu w którym teraz jestem. Kiedy ogarnia mnie największe szczęście, kiedy jestem dumna i cieszę się całą sobą z tego co mi dał Los. Nie dostałam tego wtedy kiedy miałam ciśnienie, kiedy w nieskończoność zapytywałam siebie i wszystkich around dlaczego nic dla mnie nie ma chociaż ja mam do dania z siebie tak wiele. Zmęczona samotnością, brakiem radości, sensu, miłości przebierałam nogami i niecierpliwie wypatrywałam co tam za rogiem. Frustracja moja oczywiście rosła. Płakałam, miałam pretensje do Losu: przecież przeszłam taką trudną drogę, czy naprawdę nie ma dla mnie ani jednej czterolistnej koniczynki? Przecież mam całe serce, całą duszę i ciało pragnące ciepła, bezpieczeństwa, bliskości! I tak sobie płakałam w duszy, a czasem łzami słonymi i zastanawiałam się dlaczego, dlaczego, dlaczego... Teraz wiem, że w tym samym czasie, w innym miejscu działy się sprawy innego świata. Moje też się domknęły. Musiałam przeskoczyć jakiś magiczny próg, osiągnąć spokój, stanąć twarzą do słońca. Spokojna. Bez oczekiwań, bez wymagań. Los mi to wynagrodził. Otrzymałam piękny Prezent, o który będę dbała z całych sił, który jest najcenniejszym podarunkiem jaki mogłam dostać teraz. Czas. Wszystko ma swój czas. A mówiła mi Waszka - zaufaj swojemu życiu. Zaufaj.
czwartek, 19 kwietnia 2012
no to bum.
Lapek się wziął i wyłożył. I czeka na dochtora. Dobrze i ja odpoczywam. Przemyślenia ostatnich dni gromadzą się wokół tego co nazywam matrixem który dzieje się gdzieś poza nami, a potem niespodziewanie porywa nas w swoje niebieskie ramiona.Moje myśli biegną za przypadkiem, który chodzi po ludziach, a potem razem ze szczęściem w parze. Od razu przychodzi mi też na myśl jeden z najpiękniejszych filmów jaki obejrzałam dawno temu - 21 gramów. I cytat, który dzwoni mi w głowie niczym Zygmunt. Pogoda kiepska ale co tam. Niech i tak będzie. Okazuje się, że nawet bez słońca tęcza jest możliwa :)
czwartek, 12 kwietnia 2012
Koncert.
W Radiu dla Ciebie. Anna Gadt z zespołem. Poza sentymentem do głosu wokalistki, Jej ciepłego i pełnego emocji śpiewania oraz serdecznych myśli z Nią związanych mam przed oczami obraz następujący: ja mała, wieczór, moje podwórko, światło, lekki chłodek, radio rozkręcone do oporu, a w nim słuchowisko dla dzieci. I Tata. Słucham jak zaczarowana. Bosko jest zasłuchać się tak. W muzykę, a przy okazji w siebie.
Obraz: Klimt - Music.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Historia pewnej cukiernicy.
Sielskie sobotnie przedpołudnie. Snuję się po domu w piżamie, Niebieska ogląda bajkę. Mam czekoladowe babeczki, zrobiłam kawę. Chcę sobie posłodzić. Potrzeba mi cukru. Otwieram szafkę w której zwykł być w mojej ulubionej cukiernicy. Przywiozłam ją kiedyś z Hiszpanii. Lubię ją za słoneczny kolor, pomarańczowe i zielone szlaczki. Patrzę tu, patrzę tam. Ni ma. Szukam w bucie i w surducie i nic. - Córeczko, gdzie jest cukier? - pytam moją Niebieską. Cisza, jakby dziecka nie było, choć chwilę temu - dam sobie głowę uciąć - chichotało wesoło. - Kochanie gdzie jest cukiernica? - pytam ponownie - Nic na ten temat nie wiem. - odpowiada dziecię bez zająknięcia. Matczyna intuicja podpowiada mi jednak, że jak nic jest coś na rzeczy. - Zbiła się? Po stronie pokoju pełna napięcia cisza. Po kilku sekundach nadal cisza. Po następnych kilku Niebieska wychyla się na stronę kuchni i patrząc na mnie oczami jak spodki mówi: - Mamo, skąd ty to wszystko wiesz????
No cóż. Po prostu jestem czarownicą. Ale ciiiiiii... Niebieskiej ani słowa.
obraz: John William Waterhouse - Magic Circle 1886
piątek, 06 kwietnia 2012
Podsłuchane. UWAGA - tylko dla dorosłych. Są wyrazy.
No. Metro na nowo jeździ. Całkiem sprawnie. Pierwsza linia (bo niebawem druga hahahaa) śmiga jak malowanie. Więc się przejechałam. A potem przesiadłam się do tramwaju. Wraz ze mną dwóch osiłków (większy i ciut mniejszy od większego) w czarnych bluzach z kapturami, na oko ze trzydzieści lat, na pewno na świeżo po siłowni. I sobie prowadzą pogawędkę. Drą się przy tym tak, ze nie sposób nie słyszeć. Prym wiedzie Większy. - Wreszcie kurwa po latach wyjebali ten osrany most, co? (mowa o moście Skłodowskiej-Curie - przypis tłumacza) - No kurwa. Ja pierdolę a ile kurwa samochodów. Kurwa ci ludzie oszaleli. Jebane święta. - Ty kurwa, dopiero zobaczysz prawdziwą Warszawę jak wszystkie wsiury pojadą na wieś nawpierdalać się jajek. Wiesz do siebie pojadą. I jak się przejdziesz po ulicach to dopiero zobaczysz. Kurwa puściutko. Tylko prawdziwi warszawiacy zostaną. Wysiadamy. Prowadzony po męsku dialog trwa: - W tym osranym tramwaju chyba tylko my byliśmy prawdziwymi warszawiakami - mówi z dumą Większy, po chwili dodaje z niesmakiem: Po co oni tu kurwa przyjeżdżają? Czy ja kurwa jeżdżę do Radomia, Kozienic kurwa mleko rozwozić? o właśnie. Kozienice. Ty czekaj. Wyjmuje wypasiony telefon, wybiera numer i się drze: - Halo? czy to Kozienice numer 333? (.... ) Kurwa nie dzwonisz do mnie, życzeń mi nie składasz to ja dzwonie do ciebie (....) i co stary? rozstałeś się? ( .....) nie kurwa??? to co kurwa jest grane? kochasz ją? łooo kurwa stary.... (...) ach.. nie kochasz. to co jest grane? (...) kurwa stary - ja ci powiedziałem, że chce sie bawić na weselu to nie wiem kurwa jak to zrobisz ale masz się ożenić. No to wesołych i zdrowych. JAK DOBRZE, ŻE JESTEM WSIUREM I MAM SWOJĄ WIEŚ NA KTÓRĄ WRACAM....
czwartek, 05 kwietnia 2012
Z pamiętnika bekacza.
Hi,hi,hi to mnie życie dzisiaj zaskoczyło ;) w sumie, jak już pierwszy szok minął to się uśmiałam jak norka. No rozumiem, że świat jest mały ALE ŻEBY AŻ TAK?????? ;))) z tego wszystkiego nie jestem w stanie wydusić z siebie nic więcej poza tym ogólnikowym wpisem ;)) zapewne kiedyś tą myśl rozwinę ;) Tymczasem zebrałam błyskotliwości mojej błyskotliwej Niebieskiej :D Nie ma bata - wpis musi się zacząć od tego KTO JEST KIM ;) nawet jeśli się powtarzam tekst jest na tyle zajebisty, że warto go przytoczyć po stokroć ;))
N: Mamo, wiesz kto jest najlepszym bekaczem w grupie? ja: nie mam pojęcia! N: JA!!! a wiesz kto jest najlepszym purtaczem?... wolałam nie wiedzieć.
N: Mamo patrz! Po prostu masz w ustach powietrze, połykasz i bekasz.Spróbuj. Zachęcona przez dziecko ;) próbuję ale wychodzi mi jakiś dziwny skrzek zamiast zawodowego beknięcia. Niebieska zniesmaczona kiwa głową. "Nooo.... to nie jest łatwe. To potrafię tylko ja, Oliwka i tata...." no cóż... ;))
N: Mamo, ja umiem bekać na zawołanie. ja: Wiem ale nie bekaj N: Mamo no raz... zawołaj żebym beknęła... DAMA ;)) żyć nie umierać. Po prostu :))))
... ogólny brecht mam dziś. Matrix się dzieje, nie ma co ;))))
wtorek, 03 kwietnia 2012
Niebieska obserwatorem rano i wieczorem ;)
Rano w drodze do przedszkola. N: Jakie kałuże!!! ja: w nocy padał deszcz N: I tak dużo napadało???? jak to możliwe, że aż tyle przecież noce są teraz krótsze...
* Wieczorem w drodze negocjacji: N: Mamo teraz, jak już ta bajka się zaczęła to muszę ją obejrzeć do końca. bo wiesz... jak mnie wciągnie...
niedziela, 01 kwietnia 2012
DKF ;)
W piątek, po wyjściu z fabryki zapakowałam się do srebrnego samochodu służbowego mojego kolegi i pojechaliśmy do dom. Znaczy ja do swojego, a on też chyba, w każdym razie miał w planach swój ;) Ale zanim dotarłam na chatę poszłam do kina. Na film o którym nie wiedziałam nic poza tym co głosiło hasło reklamowe na afiszu: "zachwycił cię Karmel musisz zobaczyć Dokąd teraz?". Ot slogan na tle wtulonej w siebie pary. Jak nic romans sobie myślę. Ale idę. Co prawda godzina rozpoczęcia minęła pięć minut temu ale przecież są reklamy, w czym upewnia mnie pani kasjerka od której przy okazji dowiaduję się, że nie można płacić kartą. Lecę do bankomatu, który na szczęście bez czkawki wypluwa banknot o który poprosiłam. W pośpiechu płacę za bilet, wchodzę w momencie kiedy grupa kobiet ubranych na czarno maszeruje w rytm muzyki raz po raz odchylając głowę na boki, do tyłu, podnosząc ręce, schylając się. Ten swoisty taniec doprowadza je do cmentarza. Część kobiet skręca w prawo, druga część w lewo. Każda na swoją część. Chrześcijańską lub muzułmańską. W ten sposób rozpoczyna się moja wizyta w maleńkiej wiosce, odizolowanej od reszty świata, w której dzwony kościelne harmonizują ze śpiewem muezina. Ludzie, pomimo różnic religijnych spędzają wspólnie czas w miejscowej kafejce, pomagają sobie wzajemnie, przyjaźnią się, robią zakupy w jednym sklepie, kochają. Do wioski docierają strzępy informacji o trwającej w kraju wojnie religijnej. Są jednak skutecznie zagłuszane przez miejscowe kobiety, które zawierają swojego rodzaju pakt i robią wszystko, by nie dopuścić do walki pomiędzy swoimi mężczyznami - wyznawcami obu wiar. Kobiety widząc jak niewiele trzeba, by doszło do rozlewu krwi uciekają się do zaskakujących sposobów, by temu zapobiec. To tyle jakby o tym co w filmie. A czym był dla mnie ten film? Wspaniałą wycieczką w krainę kobiecego kina, wcale nie lekkiego, wręcz przeciwnie mierzącego się z trudnym tematem, wielokrotnie akcentowanym przez twórców. Jest to jednak akcent kobiecy, pełny wdzięku i nadziei. Pokazuje siłę i wiarę kobiet, ich determinację i absolutne przekonanie, że nad chaosem można zapanować na różne sposoby. Sceny tragiczne pięknie równoważone przez sceny ciut lżejsze. Plastyka filmu powala. Niesamowity jest też jego nastrój, powolność filmowej rzeczywistości. Jest miejsce na przyjrzenie się sytuacji, zatrzymanie w emocjach, które się budują przez cały seans. Ten film jest przepiękny. Nieco inny od Karmelu, choć kolory i miękkość obrazu zdecydowanie te dwa filmy łączą. Siłą rzeczy mocniejszy ale równie niesamowity. Polecam również ze względu na muzykę. dokąd teraz? do kina :)
sobota, 31 marca 2012
Magiczne słowa, czyli niebieski strzał ogarniający rzeczywistość.
Niebieska podając mi pomidora, wskazując na ogonek zwraca się do mnie bezczelnym tonem w te oto słowy: N: weź mi to odkroj. ja: jak ty do mnie mówisz???!! N: no weź mi to odkroj! ja: chyba proszę! N: nie... przepraszam. * z ostatniej chwili (czekam na Gościa). Niebieska zaintrygowana: N: a jak przyjdzie ciocia, to mogę ją zobaczyć? ja: tak, nawet się możesz przywitać :) N: ale nie bekać?....
ekhm. jak na najlepszego bekacza w grupie to niezłe wyzwanie... ;) :)))) w marcu jak w garncu
O.... pada.... ŚNIEEEGGG?????? Opada mi kopara :)) ło jesu z tą pogodą ;) Cieszy mnie ten weekend bo: - od miesiąca wyzbywam się swojego strachu przedniewiadomoczym. Dzisiaj już widzę efekty i myślę z zatrwożeniem jak bardzo człowieka może ograniczać własna głowa, która produkuje spiralę myśli tak paraliżujących, że osoba boi się wyjść z domu. - ostatni tydzień zaiwaniałam w fabryce jak - już nawet nie kosiarka - jak traktor z ursusa, w związku z powyższym racjonalne planowanie czasu własnego choćby na wpisy PS był fantazją zrytej tysiącami raportów i analiz głowy - dzisiaj wyspałam się jak mały misio w zimę - za godzinę idę do fryzjera, co mnie cieszy jak diabli, bo lubię być w towarzystwie kobiet (może sobie kurka, na wiosnę, obetnę co nieco?).... - za tydzień jadę tam gdzie widać gwiazdy i jest mi z tego powodu bosko. - za dwa tygodnie wybieram się na imprezę, której nie mogę się doczekać mimo iż singlem wśród par przystało mi być :) aaaaa.... i obejrzałam wczoraj GENIALNY film "Dokąd teraz?". o nim następnym razem, bo mi kawka pyrkocze. A w moim parku już się zrobiło lekko zielono. Z utęsknieniem czekam czekam czekam na tą jedną chwilę ;))) kiedy NAGLE robi się pełna opcja zieloności :) ooo.. SŁOŃCE!
niedziela, 25 marca 2012
Statki na niebie.
No nie od razu, żebym myślała o sobie jak o cudzie. Jeno mi się tak skojarzyło. Że stanęłam w rozkroku pomiędzy światem jednym, a drugim. A więc siłą rzeczy musiało się zadziać. Czułam, że się zbiera ale nie wiedziałam kiedy się uzbiera. No i trach. To właśnie dziś - nie wczoraj ani jutro - minęło pod znakiem wyboru. Mieć czy być. Filozofia oklepana i wyświechtana ale co poradzę, że mam takie dylematy niekoniecznie najbardziej oryginalne. W sumie. Nie wdając się w szczegóły - nie chcę być pomiędzy jednym bym, a drugim bym ani w środku świata, który jest mój tylko wtedy gdy patrzę pod wiatr. Potrzebuję przejrzystej wody, skoro mam stać sercem w stronę słońca.
czwartek, 22 marca 2012
Granatowy alert ;)
Przychodzę dzisiaj do fabryki a tu ni ma roboty. Za to jacyś panowie z identyfikatorami i poważnymi minami, żeby nie powiedzieć granatami ;) Się porobiło rano tak, że zamiast za biurkiem usiadłam w kafejce i wypiłam latte. Dopiero później, kiedy to emocje i kurz opadły rozpoczęłam pracę. Mogłabym w sumie zaczynać tak każdego dnia. Bo ostatnio jestem niczym mała (a przynajmniej lżejsza o sześć kilo ;))) kosiarka - zaiwaniam po pracowym trawniku tam i z powrotem, a końca nie widać. I nie wiem w co mam ręce włożyć ( w przeciwieństwie do jednego z moich kolegów, który doskonale wie w co i kiedy ;))) Ale co to ja chciałam... już wiem! Strzał w 10 (ciekawe czemu dziś wszystko kojarzy mi się z militariami... ;) Odprowadzam Niebieską do przedszkola. - Mamo, odbierzesz mnie jutro po obiedzie? - tak, a o której macie obiad? - nie wiem, gdzieś tak koło jedenastej. - jedenastej? to wcześnie - no... my wszystko mamy wcześnie. I wszystko małe. Takie życie przedszkolaka... no... faktycznie nieciekawe ;))
środa, 14 marca 2012
Szkolenia.
Ufff.. od poniedziałku się szkoliłam w celu uporządkowania i uaktualnienia wiedzy. Z czasu pracy. Nie jest to mój ukochany temat tym bardziej więc chłonęłam wiedzę w każdym szczególe - bo o ile planowanie nie sprawia mi kłopotu tyle rozliczanie przy moich zdolnościach matematycznych i ograniczonej w tym względzie wyobraźni idzie jak po grudzie. Tak czy siak - mogę sobie dopisać do cv, a potem se kupię książkę zawierającą milion kejsów, które rozwiążę i jakoś to będzie ;)) Dzisiaj po ostatnich zajęciach udałam się na spacer do miejsca, w którym kiedyś, pewnego pięknego dnia moje serce złapało na chwilę głęboki oddech. Poszłam tam trochę sobie pod włos, trochę z nostalgiczną duszą na ramieniu. Właściwie nie wiem po co. Może żeby odczarować albo zaczarować stare na nowo? Nie wiem, ciągnęło mnie tam od dawna. Więc poszłam i już. Wspomnienia łapałam z powietrza. Nie było trudno, bo poza porą roku właściwie nic się nie zmieniło. Te same nierówne schodki w dół, nawet płyty chodnikowe na skrzyżowaniu alejek ułożone tak jak wtedy, jedna na drugiej w krzywym słupku. Zapach wilgotnej ziemi i delikatny powiew wiosny sprowadził na mnie melancholię. Pomiędzy pięknymi brzozami rozpłakałam się jak dziecko. Pierwszy raz od dłuższego czasu (chociaż zbierało mi się dość systematycznie). Płakałam mocno ale nie jakoś rzewnie i żałośnie. Płakałam jakimś takim dziwnym płaczem. Chyba z niedowierzania i bezsilności, że nie ogarniam dlaczego nie ma tęczy, skoro jest deszcz i świeci słońce. To lekcja, której nie mogę zrozumieć, chociaż od kilku miesięcy wałkuję ją codziennie.
niedziela, 11 marca 2012
Się mi dzisiaj nie chce nad niczym zastanawiać.
Niedawno po raz milion osiemset czterdziesty piąty obejrzałam film: Co się wydarzyło.... Po raz milion osiemset czterdziesty piąty się zwyłam i zaniemówiłam. I po raz milion osiemset czterdziesty piąty pomyślałam, co w tym filmie jest takiego, że ja wymiękam za każdym razem? przecież nie Clint... I nieoczekiwane podczas weekendu, który spędziłam z ukochanymi LUDŹMI znalazłam odpowiedź. Tajemnicą szczęścia jest bliskość. Karwa, wiem - może banał, może odkrycie żadne ale jest mi bosko. Bo ja to mam. No. I sobie z tym uświadomionym love żyję, jestem, układam mój świat na nowo. Jest mi bosko w ten... no ..... UJĄ ;) wiadomo ;))) *** ps. A ten boski Lovamur najsampierwprzód dostanie porządny łomot ;)))) a potem to już będzie miał tylko lepiej ;)) czirs !
poniedziałek, 05 marca 2012
Gdzie była Pani Szalo, kiedy jej nie było?
Ano tu i tam. W fabryce zaiwaniała jak mała kosiarka, przy okazji poddana została ocenie rocznej, która wypadła nadspodziewanie dobrze. W domu szwędała się z kąta w kąt w celu usunięcia kurzu wszelakiego, umyła okna i w końcu zobaczyła wiosnę. Była na odwyku - weekend spędzony we własnym towarzystwie, bez telefonu, netu i tv dobrze jej zrobił. Była też w kinie. W ciemności. Lekko oszołomiona wypiła kawę i niespiesznie podążyła do domu. Tam w przelocie spojrzała na swoje odbicie w lustrze i poszła. Ale wróciła. Spojrzała raz jeszcze i jeszcze raz. Pobiegła do szafy, wyjęła głęboko zakopane dżinsy, bez zbędnej zwłoki jednak z pewną taką nieśmiałością przywdziała je na zadek. W szwach nawet nie drgnęły, nic się z boków nie wylało ;)) ... Ach!!! zachwyciła się radośnie, a potem przez dłuższą chwilę kontemplowała ten swój zgrabny tyłek, tak elegancko zmieszczony w spodniach testowych* buahhaha sexi mama ;)))) *Spodnie testowe (portkos standartus tyłkos) - dżinsy, rozmiar o jeden mniejsze bez lajkry. Inaczej spodnie wyznaczające standardy figury paniszalowej na wiosnę i resztę pór roku, kiedy powabny wygląd jest nader pożądany.
sobota, 25 lutego 2012
Strzał w serce, czyli maciusiowo lowamurstory cd
Maciek chce się ze mną ożenić i to już teraz ale ciągle mnie goni. a ja nie chce żeby mnie gonił. i prowadził jak pingwina. hmmmm... skąd Niebieska czerpie wzorce ???????? Maciusia to chyba otaguję, bo coś mi mówi, że to jeszcze nie koniec ;))) * A ja wzienłam i upiekłam babeczki waniliowe. Się pytam: po co? odpowiadam: żeby zamrozić i mieć na zaś.
piątek, 24 lutego 2012
Kuchnia pełna niespodzianek.
Oj długi dziś dzień ;) Poranek rozpoczęty smacznym sokiem (tu nie wymienię nazwy ;), potem wizyta z Niebieską u dochtora. Zalecenie diety bogatej w warzywa z żelazem, ziarna, razowe makarony, chwilowym zakazem spożywania mleka z zaleceniem kontroli za sześć tygodni. No - nie jest źle ale mogłoby być lepiej. W kolejności potem: zakupy ziemniaków, sera i buraczków od pana gospodarza i Niebieska do przedszkola. A teraz... Korzystając z faktu iż kolejne spotkanie mam o trzynastej, a potem kolejne o piętnastej siedzę siedzę sobie przy kawusi, zapatrzona w moje piękne tulipany i słucham Chrisa Cornella płytę Songbook. Zainspirowana blogiem z sąsiedztwa :)) powróciłam do dźwięków, które na chwilę zapomniałam, a które uwielbiam. Powrót w pięknej odsłonie. Nie ma na tej płycie skuchy, przynajmniej na moje ucho. I ten głos... a jak do fonii dołoży się też wizję to już takie ciacho na słodko, że OMG ;)))) Te tulipany to niektórym się może wydawać nic wielkiego. Po prostu tulipany. Możliwe. ALE. ja tulipany kocham ze wszystkich kwiatów najbardziej. I odkąd pamiętam marzyło mi się naręcze w kolorze koniecznie białym. I mimo, że ta białość bywała pisana między wierszami,nakreślona ołówkiem albo kredką, a czasem była ogłoszeniem do prasy - nigdy ich nie dostałam. Do wczoraj. Przyjemnie jest utwierdzić się w przekonaniu, że aby spełnić czyjeś marzenie nie potrzeba nie wiadomo czego. Wystarczy być uważnym i słuchać. Od serca. I ze inny też nas słuchają. Przy okazji uderzyłam tą swoją głową pełną zachwytów w drogowskaz. Kochana Szalo - idź dalej tam dokąd prowadzi Cię serce, bądź wierna sobie i swoim przekonaniom. Będziesz słyszana i słuchana. No to idę... a właściwie biegnę już, bo spotkanie tuż ;)))
czwartek, 23 lutego 2012
Miało być po bożemu, wyszło jak zawsze :)
Nagła awaria tramwajowa, więc bieg od przystanku do przystanku i wyścig z czasem. Wreszcie słupek wyświetlacza destynacji, sernik, herbata owocowa, brązowe pytanie, niebieska odpowiedź albo na odwrót, uśmiechów i wczorajszych wspomnień kilka. Wszystko szybko spięte uściskiem. Ocalone dwadzieścia trzy minuty. Każda jednym, białym tulipanem. "Wskoczcie bez lęku, głową naprzód, do bezpowrotnej teraźniejszości, bo tylko tak, w mgnieniu oka, znajdziecie się w samym sercu wieczności".
środa, 22 lutego 2012
Wtorek po świętach.
A więc co my tu mamy. Pani i Pan, dość chyba zamożni, w każdym razie wygląda, że sobie radzą. Przed czterdziestką, mają dziecko w wieku może z dziesięć lat. Nie wiem. Nieważne. Jest też dentystka dziecka, tutaj akurat wiadomo, że ma lat dwadzieścia sześć i jest kochanką Pana. I w to właśnie wchodzi widz. Po prostu. Bez wstępów. W coś co trwa, tu i teraz. Ani nie wiadomo kiedy romans się rozpoczął (może zanim poszli ze sobą do łóżka w lipcu, chodzili ze sobą na kawę już w styczniu?), ani jak historia potoczy się po tym kiedy my skończymy ją oglądać. Nie wiemy co miała żona zanim. Nie wiemy co miał mąż zanim. Ostatecznie - co w sumie jako jedyne jest do przewidzenia - Pan podejmuje decyzję. Ale czy to zrobił z uczciwości (wobec kogo?), czy mu się po prostu ulało, czy chciał się rozliczyć sam przed sobą, czy dlatego, że chciał się zachować "porządnie" to już każdy musi sobie wykminić. A łatwo nie jest bo sam film nie dostarcza żadnych danych na temat bohaterów ani ich relacji wcześniej. W ten sposób mamy samych niewinnych. A wystarczyłoby raz czy dwa pokazać go jako nieczułego sukinsyna albo ją że go udupia w codziennych relacjach - i od razu widz ma święty spokój, wie kto dobry, kto zły, koniec myślenia w tym temacie. A tu - nie. Myśl widzu, wczuwaj się i cierp. Obejrzałam ten film dwa razy w ciągu trzech dni. Za drugim wspólnie z Magiem.Gadaliśmy w trakcie oglądania, gadaliśmy po, gadaliśmy wczoraj w dzień, w nocy, gadaliśmy dzisiaj. Potrzeba gadania o filmie i samym kontekście była wielka. Już nawet nie wiem, które słowa są moje, które Maga. W każdym razem zgodnie twierdzimy, że to film, który bardzo porusza. Jest tak prawdziwy, że aż zatyka.To ciąg bardzo intymnych (niekoniecznie łóżkowych) scen. No nic. Polecam do obejrzenia jak ktoś ma ochotę. Bo właściwie jest to film o miłości. Swoją drogą to muszę dotrzeć do innych filmów tego reżysera. Zaciekawiłam się. A inną, choć też swoją drogą - tak, wierzę w miłość i inne jednorożce. Mimo wszystko. Branoc. Marţi, după Crăciun, Rumunia, 2010, reżyseria: Radu Muntean, zdjęcie: scena z filmu
niedziela, 19 lutego 2012
Piątek, sobota, niedziela :P
ekhm... jakby to powiedzieć .... Impreza, która miała być skromnym i grzecznym konsumowaniem alko w przyjemnym babskim towarzystwie zmieniła się w mniej skromną i mniej grzeczną imprezę koedukacyjną. OMG ;))) Swoją drogą ile to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Pomijam ploteczki, które są nieodzowną częścią takich imprez, zwłaszcza jeśli spotkają się osoby, które spędzają ze sobą trochę czasu w innym, wspólnym - nazwijmy to - kółku klasowym. Mówię o rozmowie z człowiekiem, z którym mijam się gdzieś tam na korytarzach, z którym gadam od wielkiego dzwonu (dzwona?) zdecydowanie nie na tematy osobiste, częściej szybkim (acz serdecznym) pozdrowieniem wymieniamy się w biegu do swoich spraw. Tymczasem, podczas tego w sumie dość przypadkowego spotkania, ten właśnie człowiek miał do powiedzenia mi coś na mój temat. Coś dla mnie ważnego. Więcej niż jedno zdanie, rzecz przemyślana, spójna, nie będąca kurtuazją, terapią, wyrazem litości czy też współczucia dla "samotnej" kobiety. Była to rozmowa nie mająca nic wspólnego ze stylem "myyyszzzeerreejjj", właściwym dla rozmów o życiu i śmierci prowadzonych towarzysko po browarku jednym, czy drugim. W moim przypadku była to rozmowa, która zdecydowanie dodała mi skrzydeł. Fajnie było usłyszeć, zwłaszcza kiedy człowiekowi trochę wiary brak - naprawdę szczere, wyraźne i mocne podsumowujące "Szalo, ty taka fajna babka jesteś". Było fajnie, na pewno do powtórzenia :) a tak mi się nie chciało iść, kompletny brak nastroju, kompletny był brak ... ach i jeszcze coś. Kurka zwykle nie zakładam się, jeśli wiem, ze szanse na moją wygraną są minimalne. A tu zostałam omamiona ;))) i w związku z tym nierozważnie poczyniłam zakład pod wpływem .... eee.... stawki ;)) Dopiero później dotarło do mnie jak bardzo poważny jest przeciwnik zdecydowany podjąć rękawicę - z pewnością dopnie celu. W obliczu realnego zagrożenia przegraną... aaaaaaa skąd ja wezmę na ten Madryt???? ;)))))))) Niehonorowo się wyłgać i wycofać, no wiem, wiem... więc cóż. Pozostaje mi wierzyć, że pamięć ludzka jest zawodna... ;))))))))) | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||