RSS
czwartek, 15 lipca 2010
Dziewczynka i Kot.

Nad rwącym potokiem siedziała Dziewczynka. Siedziała tak sobie, raz po raz zanurzała rączki w przejrzystej wodzie. Przechodził tamtędy rudy lisek. „Co robisz Dziewczynko”, zapytał, szczerząc w nieszczerym uśmiechu małe, białe ząbki. „Łowię bąbelki” – powiedziała Dziewczynka radośnie. „Łowisz bąbelki? - zaciekawił się lisek. Przycupnął niedaleko i przypatrywał się z wesołością w oku jak spieniona woda płata Dziewczynce figle. Po kilku chwilach podszedł do niej, spojrzał wyniośle w jej brązowe oczy i z pychą w głosie powiedział – „Łowić bąbelki, Dziewczynko - to bardzo prosta sprawa”. Nabrał powietrza, wypiął rudą pierś i jakby od niechcenia podszedł do potoku. Przejrzał się z lubością w wodzie, rzucił lekceważące spojrzenie Dziewczynce i bardzo pewnie zanurzył łapkę. W tej samej chwili, jednym susem odskoczył od brzegu. „Przecież to lodowate!!! brrrrr… niech mnie dunder!…. – krzyknął. Nie zraziło go to jednak, próbował dalej ale złościł się przy tym coraz bardziej ponieważ bąbelki tak szybko jak się pojawiały tak szybko znikały. Tymczasem przyleciał kolorowy ptaszek. Spojrzał z czułością na Dziewczynkę - była bliska płaczu – nawet jak łączyła rączki, po nabraniu wody, ta razem z bąbelkami wymykała się przez szczelinki. Łypnął czarnym oczkiem na rudzielca -  Lis niezdarnie próbował szczęścia raz i drugi, machając łapakami coraz bardziej nerwowo, rozpryskując wodę na boki. Kiedy był już mokry do połowy nie wytrzymał: „Łowienie bąbelków – też mi coś! Łowić to ja mogę kury w kurniku! a nie jakieś tam …. bąbelki” – wrzasnął ze złością i nie spojrzawszy na Dziewczynkę poszedł w swoją stronę. „W takim razie ja ci pokażę Dziewczynko, jak łowić bąbelki” – zaświergolił  Ptaszek. Bardzo chciał jej zaimponować. Był zwinniejszy niż Lisek, było mu też łatwiej z góry zauważyć zbliżające się spienione, wodne chmurki. Upatrzył sobie jedną, …. frrrrruuuuu – zatrzepotał skrzydełkami, wyciągnął pazurki i już.. już… prawie je miał… prawie. Niczym nie zrażony namierzył kolejną spienioną kuleczkę i frrruuuuuuu… Dziewczynka nie zdążyła się nawet obejrzeć, a ptaszek już pikował w dół. Zrobił kilka rundek, za każdym razem rzucając kontrolne spojrzenie na Dziewczynkę - chciał być pewny, że na niego patrzy. Każda  próba kończyła się jednak niepowodzeniem bo  dzióbek, tak jak pazurki miał ostry więc kiedy tylko je dotykał - bąbelki pękały jeden po drugi. Zabawa znudziła go, poćwierkał jeszcze chwilę nad głową Dziewczynki i odfrunął.

Dziewczynka została sama, było jej smutno, ponieważ łowienie bąbelków wcale nie było takie proste jak mogło się wydawać.

Od samego początku, z bezpiecznej odległości wszystko obserwował Szary Kocur. Widział i Liska i Ptaszka, przypatrywał się staraniom Dziewczynki. Kiedy zobaczył łzę w jej oku uznał, że to już czas. Podszedł cichutko do wody, z gracją przeskoczył na lśniący w słońcu kamień, przycupnął, nachylił się i zanurzył języczek w chłodnej wodzie. Pił ostrożnie, powoli, bąbelki wpadały do pyszczka jeden po drugim.

Dziewczynka z podziwem patrzyła na towarzysza. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie . „Chciałabym tak jak ty, Drogi Kotku. Nikomu nie udało się złapać tylu bąbelków w jednej chwili. Naucz mnie proszę” – powiedziała. Kocur spojrzał jej głęboko w oczy i przez dłuższą chwilę nawet nie mruknął.  „Dziewczynko – ja nie przyszedłem tutaj po to, by łowić bąbelki. Chciałem tylko napić się wody”. - powiedział w końcu. „Ale jak tak was obserwowałem pomyślałem, że gdyby Lisek i Ptaszek posiedzieli chwilę dłużej nad tym potokiem, gdyby faktycznie zależałoby im na tym, by dopiąć swego – pewnie każdy znalazłby swój sposób na to, by złapać choć jeden bąbelek…” Kot zamyślił się, przymknął oczy… „Ja też taki kiedyś byłem” – szepnął -  „Niecierpliwy. Szybko się nudziłem. Chciałem wszystko od razu. Bez namysłu, byle szybciej, byle już. Myszy śmiały się ze mnie, bo goniłem własny ogon. Nauczyłem się wszystkiego z czasem ale Ty Dziewczynko już teraz potrafisz obserwować i masz w sobie wystarczająco sił, by się nie poddawać. Patrzysz i widzisz, słyszysz i słuchasz. A to bardzo dużo. Potrzebujesz tylko spokoju. Zatrzymaj się więc na chwilę i posłuchaj siebie, a zobaczysz, że wkrótce będziesz wiedziała jak złapać bąbelki. Zatrzymaj się też za każdym razem, kiedy poczujesz, że myśli uciekają Ci z głowy tak jak woda, która przelewała się przez Twoja rączki. Nie pozwól im uciec, złap je, przechowaj. Myśli są ważne Dziewczynko”.

Dziewczynka zasępiła się, podrapała kota za uchem „Tak, wiem Kocie jednak czasem mi przykro, bo śmieją się ze mnie, że nie robię nic innego tylko myślę”. „Nie przejmuj się , rób swoje, idź własną drogą. Każdy myśli tyle ile potrzebuje.  Może wydawać ci się czasem, ze nie pomieścisz więcej w głowie i będziesz chciała od tego uciec. Pamiętaj jednak że nawet jeżeli nakażesz sobie „nie myśl” – wcale nie będzie ci łatwiej bo nawet jak spróbujesz oszukać samą siebie i zapełnisz głowę czymś innym – myśli, które są do przemyślenia i tak wrócą”  - wymruczał Kot, po czym wskoczył na kolana Dziewczynki i zwinąwszy się w kuleczkę  spokojnie zasnął.

Tagi: Bajka
22:40, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 lipca 2010
Związki.

Otaczają mnie fajne kobiety. Znamy się i rozumiemy doskonale, jesteśmy dla siebie Bardzo Bliskimi Osobami. Łapiemy swoje myśli w lot, nie musimy używać słów, by się porozumiewać. Podobnie czujemy, wspólnie przeżywamy nasze radości i smutki.

Jedna z nich zakochała się w pewnym Mężczyźnie. Doskonale pamiętam z jaką nieśmiałością o nim opowiadała, zanim go wszystkie poznałyśmy. Mężczyzna przyjemny w obyciu, przyjemny w wizji i fonii - niesamowity tembr głosu, proporcjonalna sylwetka, piękne ramiona  (fetysz mój i Bliskiej mi Osoby. Obie mamy świra na tym punkcie). Interesujący - miałam okazję rozmawiać z nim wielokrotnie – elokwentny, inteligentny, ciekawy świata. Zwróciłam też uwagę na jego oczy – piękny, głęboki kolor gorzkiej czekolady. Zabierał Ją w cudowne miejsca, potrafił rozczulić, dbał o romantyczną oprawę ich spotkań. Kochał Ją mocno i szczerze – tak mówiła Ona jednym tchem powtarzając jego słowa. Miał swoje zobowiązania, jednocześnie miał też wspólne z Bliską mi Osobą wizje, w które obydwoje wierzyli, ba - widzieli szanse na ich realizację. Mężczyzna był opiekuńczy, dawał nadzieję. Mówił jak bardzo jest mu bliska, jak bardzo wpłynęła na niego samego, jak cudowną jest kobietą. Pamiętam Jej wesołe oczy, kiedy mówiła o nim ale pamiętam też ile miała wątpliwości, strachu przed tą miłością. Jednak postanowiła być cała dla niego. Z całą odpowiedzialnością pragnęła być tylko dla niego. Dbałą o niego, o związek, chciała być bliżej i bliżej. Kochała coraz bardziej. Szala zaangażowania niebezpiecznie przechylała się na jej stronę. Mężczyzna ostatecznie nie wziął tego, co Ona chciała mu dać. Mówił, że nie mógł, nie miał wyjścia, nie umiał. Moim zdaniem nie chciał zrezygnować z bezpiecznego na rzecz nieznanego, może za dużo szczęścia na raz? Nie mi to oceniać. Dziś patrzę na Bliską mi Osobę ze smutkiem. Widzę jej łzy, zastanawiam się, kiedy przestanie płakać i znowu zacznie się uśmiechać.

Druga Bardzo Bliska mi Osoba też była szczęśliwa i również zakochana w swoim Mężczyźnie miłością pierwszą, zauroczona jego chłopięcością, delikatnością, tym, że miał swój świat. Wiedli szczęśliwe życie, kochali się ponad nie, planowali wspólną przyszłość. Byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, ubóstwiali się wzajemnie. Ten związek mnie cieszył, był świeży, wesoły, cudny. Obserwowanie tej relacji sprawiało mi dużo radości. Kibicowałam tej parze. Wydawało mi się, że te dwa całkowicie inne światy z których każde z nich się wywodziło nie są w stanie ich rozłączyć, ponieważ mieli wspólną, bezpieczną przystań do których dopływały ich statki po całodziennej żegludze – siebie. Jednak pod wpływem wiatru, którego z czasem nabrali w żagle dryfowali,  coraz bardziej oddalając się od wspólnego lądu, raz po raz natykając się na wyspy mniej lub bardziej egzotyczne. Żadne z nich nie wpadło na to, by zaprosić drugie na swój statek zanim sztorm zabrał wszystkie szalupy ratunkowe.

Każda przeżywa swoją miłość bardzo. Obie bardzo kochają. I jedną i drugą rozumiem. Jednej i drugiej wierzę. Kocham ich sercami, cierpię razem z ich duszami, czuję jak boli je ciało z bezradności, żalu i smutku, zmęczenia płaczem. Znam uczucie rozgoryczenia, które nimi teraz targa. Patrzę na te moje zapłakane Przyjaciółki, przytulam każdą z Nich. Bardzo im współczuję. Obie to dobre, mądre, wyjątkowe kobiety, takie za którymi się tęskni i których nie przestaje się kochać. Jestem pewna, że ci dwaj Mężczyźni też to kiedyś zrozumieją. Być może też zapłaczą. Bo takie kobiety pojawiają się raz. Bo takich kobiet nie wypuszcza się z rąk. Zranione nigdy nie wracają.

Łączy je też  świadomość, że coś ważnego w ich życiu się kończy, że nie ma powrotu, granica została przekroczona. To trudne, bolesne rozstania ale wszystkie trzy dobrze wiemy, że czasami trzeba zamknąć za sobą jedne drzwi, żeby inne otwarły się przed nami szeroko.

Tagi: życie
00:12, paniszalo
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 lipca 2010
Leniwego weekendu ciąg dalszy.

Dzisiejsze popołudnie spędziłam ze Wspaniałą Kobietą. Ciekawość Jej przemyśleń, mądrość wypowiadanych przez Nią słów, lekkość rozmowy z Osobą o podobnej wrażliwości, tych samych – jak to mówi dzisiejsza młodzież ;) – przelotach i kilka skromnych kamyczków wrzuconych przeze mnie do tego ogródka czyni naszą relację niezwykle ciepłą, ważną, przestrzenną, bogatą. Połączyły nas dzieci, a w zasadzie żłobek, do którego wspólnie  uczęszczały. Między naszymi dziećmi również narodziła się niebywała więź, prześwietna, niczym nie skażona – naturalna, świeża, czysta. Kiedy Niebieska rozmawia z Niebieskim przez telefon szczebiocze jak mała sikoreczka, opowiadają sobie o swoich własnych sprawach, śmieją się do rozpuku. Kiedy się spotykają potrafią godzinami bawić się ze sobą, zawsze wspominają o sobie, kiedy rozmawiamy z nimi na temat przyjaźni. Są cudowni w tej swojej dziecięcej bliskości. Cudowni. Patrzeć jak patrzą na siebie to naprawdę cudowne przeżycie. Wierzę, że nawet jeżeli ich drogi kiedyś się rozejdą, chociaż jednocześnie wierzę, ze tak się nie stanie – zawsze będą w swojej pamięci.

Ja też takiego Niebieskiego mam. I jestem z tego powodu szczęśliwa Nazywam Go Chłopcem o Słomkowych Włosach. Znamy się od lat, połączyła nas szkoła podstawowa, chociaż - o ile mnie pamięć nie myli - do przedszkola też chodziliśmy razem. Można nawet powiedzieć, że nasza przyjaźń ma swoje korzenie w pokoleniu naszych Rodziców, zdecydowanie też wykracza poza ramy szkolnej przyjaźni, jest taka trochę rodzinna. Rodziła się przez lata, zdrowo, w drodze ewolucji – przeszliśmy przez wszystkie etapy, jest dojrzała dlatego między innymi tak bardzo ją cenię. Łączy nas coś szczególnego, często o tym rozmawiamy. Nasz przyjaźń przeszła bardzo ciężką próbę, trochę wystawiliśmy się na własne życzenie, jednak dzięki sobie i sile tej niezwykłej więzi, wyszliśmy z opresji obronną ręką. I jeszcze bardziej się poznaliśmy, zbliżyliśmy do siebie, teraz nie ma już żadnej rzeczy, której byśmy o sobie nie wiedzieli. Znamy się  łyse konie, dosłownie czytamy w swoich myślach. To niesamowite, że On jest zawsze blisko, mimo, że daleko, pojawia się zawsze we właściwych momentach. Czyni życie łatwiejszym, kiedy to daje mi w kość. Taki trochę Anioł Stróż. To jedyny dorosły ;) człowiek na ziemi, któremu jestem w stanie pobłażać przez długi czas, to człowiek, który nigdy mnie nie zawiódł i na którym zawsze mogę polegać. Z wzajemnością.

Jestem przeszczęśliwa, że życie zmusiło mnie do dokonania autoanalizy, zweryfikowania swoich postaw, odnalezienia siebie w sobie na nowo. Teraz wiem, że gdyby nie moja determinacja, konsekwencja i ciężka praca nie byłabym w stanie docenić Ludzi, którzy mnie otaczają. Cieszę się, że spotkałam wielu Ważnych, Dobrych Ludzi, którzy kibicowali mi od samego początku, wspierali mnie, niektórzy dali drugą szansę.  Na nowo czerpię ze wspaniałych relacji, które bardzo cenię, każda chwila spędzana z Bliskimi, którzy są mi bliscy nie tylko z powodu więzów krwi - jest dla mnie na wagę złota. Tak dużo się uczę i cieszę się, że mam od kogo.

Tak sobie myślę, że Ważnych Ludzi nie spotyka się przypadkiem, za to czasami przypadkiem można ich stracić. Dlatego trzeba dbać o siebie, a Ważnych Przyaźni strzec jak oka w głowie.

Tym optymistycznym akcentem kończę, życząc wszystkiego najlepszego w Przyjaźniach :)

 

sobota, 03 lipca 2010
Leniwie.

uffff… kolejny szalony tydzień za mną. Był pracowity ale też dość bogaty towarzysko więc wczoraj autentycznie ucieszyłam się, że odpocznę, odpocznę, nareszcie odpocznę. Chwilowo jestem sama z Biało-Czarnym, gdyż Niebieska Dziewczynka szczęśliwie spędza wakacyjny czas w miejscu, gdzie widać gwiazdy, pod opiekuńczymi skrzydłami Zielonookiej i Jej Małżonka, więc na luksus samotnego odpoczynku mnie stać :). Zamierzałam spędzić uroczy filmowy wieczór gdyż moja domowa filmoteka wzbogaciła się o kilka interesujących pozycji, dzięki Blond Koleżance :) Niestety ból głowy (pewnie schodzący, całotygodniowy stres) skutecznie uniemożliwił mi zaplanowany wypoczynek. Poszłam więc spać. Na szczęście, że w tej całej domowej pustce jest Biało-Czarny. Kiedy kładę się późną nocą do łóżka przychodzi do mnie, chwilę pomruczy, ułoży się wygodnie i podzieli swoim futerkowym ciepłem. Tak stało się i tym razem. Zasnęłam snem sprawiedliwego znieczulona środkami przeciwbólowymi.

W dniu dzisiejszym, o 7.30 rano otrzymałam sms’a z pytaniem czy jeszcze śpię. Pół godziny później Nadawca sms’a zadzwonił – jak mnie poinformował później z intencją uprzejmego przywitania się ze mną w ten piękny, słoneczny poranek. Niech dziękuje swojemu Bogu za to, że spazmatyczne błyskanie światełka ekraniku mojej szałowej Nokii mnie nie zbudziło (dźwięk zapobiegawczo wyłączyłam wieczorem). Nie chciałabym być w skórze Nadawcy ani nikogo innego kto mnie bez potrzeby wybudzi ze snu w sobotę lub niedzielę rano albo w środku nocy. Chyba, że jest powód - jednak dobrze, by miał uzasadnienie ponieważ na granicy snu i jawy, kiedy moje zmysły śpią i nie załapię kontekstu zbyt szybko – mogę stać się niebezpieczna. ekhm.

Po przebudzeniu natychmiast pomyślałam o dobrej kawusi ze słodkim mleczkiem. Poczłapałam ciągle jeszcze przysypiając do kuchni, gdzie nastawiłam mój ulubiony hiszpański czajniczek do parzenia kawy na niebieskie płomyczki. Aromat był coraz intensywniejszy, pora więc była odpowiednia, by przygotować filiżankę. Kolorowe cacko, które uwielbiam (bo mam słabość do wszelkiego rodzaju kolorowych, mniej lub bardziej użytkowych cacek) wypełniło się pięknie pachnącym, gorącym, brunatnym płynem. Zaraz się napiję smacznej, słodkiej kawki pomyślałam i aż klasnęłam w dłonie – oczekiwanie wyznacza minuty radości w moim życiu jak nic. Otwarłam lodówkę, sięgnęłam po puszkę z mleczkiem i.. no cóż. Mleczko jakby się skończyło. No nic. Nie ma słodkiego, wezmę zwykłe, wszak kartonik stoi, a kawka coraz bardziej nęci. Odkręciłam, przechyliłam i dopiero wtedy spojrzałam na napis, który widniał na kartoniku: maślanka. Przeklęłam więc sama do siebie (trochę na siebie), ochota na kawkę, w której smętnie pływały fragmenty zważonego mleka zdecydowanie mi odeszła. Przygotowałam sobie herbatę z cytryną, bułkę z serem i zasiadłam do oglądania filmów, które pożyczyła mi dzień wcześniej Blond Koleżanka. Wybrałam pierwszy z serii, której trzecia część jest aktualnie na topie. I bije rekordy popularności.Zanim jeszcze  zaczęłam oglądać zastanawiałam się czy będę się bać, bo jestem strachliwa, horrorów itepe nie znoszę i zwykle nie oglądam. Ale ciekawość o co chodzi w tym całym zmierzchowym szaleństwie zwyciężyła. No i cóż. Mogłam tego uniknąć. Nie naciskając przycisku play lub choćby wybierając inny film z listy. Dopadło mnie z prędkością z jaką poruszają się nieludzie stworzenia. Blade, silne, bardzo szybkie. Trzy części w ciągu jednego dnia - maraton ze Zmierzchem przed zmierzchem. W towarzystwo wampirów wpadłam i ja. Z przyjemnością w sumie. Fabuła niezbyt wyszukana i deczko cukierkowa ale sceneria interesująca dla kogoś, kto te klimaty lubi. Podoba mi się połączenie świata rzeczywistego z legendą, magią, czarami, ciemną stroną mocy. Panowie – główni bohaterowie sagi całkiem przyjemni. Ani jednemu ani drugiemu obiektywnie nic nie brakuje – jednak w mojej ocenie Pan Wampir wypada dość blado przy Panu Wilkołaku. Z pewnością dlatego, że Pan Wilkołak jest ujmującym brunetem, ma ładny kolor skóry i szerokie, silne ramiona (…..), chroni to co dla niego najważniejsze, potrafi walczyć, daje poczucie bezpieczeństwa, dosłownie i w przenośni. W sumie Pan Wampir wspierany przez Rodzinę też daje radę ale Pan Wilkołak jest jakby konkretniejszy w wyrażaniu siebie, swoich emocji i oczekiwań. I taki trochę dziki, nieokiełznany. A to lubię.

Podobało mi się jak na film dla młodzieży ;) muzyka zwłaszcza, tylko trochę szkoda, że jest o miłości. Znowu na chwilę dopadły mnie moje demony.Obecnie za miękka jestem na takie romantyczne sceny dlatego wybiorę się na  Robin Hood’a. Chociaż – jak znam życie to i tam będą sceny. Jak powszechnie wiadomo Robin serce miał spore więc spodziewam się, że w szerokiej klacie Russella C. będzie miało naprawdę spektakularne rozmiary. W końcu Marion też niczego sobie.

Ach, ach, ach. Legendy.

Tagi: życie
21:58, paniszalo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Hiszpańska piosenka. Nic nie poradzę, że dzisiaj mi smutno.

 

Rozpoczęło się lato. Nawet przyjemnie, ciepło i słonecznie. Kupiłam sobie z tej okazji aparat fotograficzny. Na moje amatorskie oko w sam raz mimo, że taki trochę szpanerski. No i w rozsądnej cenie. Zabrałam moje nowe cacko i poszłam do pobliskiego parku popstrykać. Wytrawni poszukiwacze fotograficznych przygód wiedzą, że na przykład czekanie na rozpostarcie skrzydeł lub spektakularne podejście do lądowania przez ptactwo wodne wymaga sporej dawki cierpliwości. O zastyganiu w bezruchu nawet nie wspomnę, za to ile przyjemności.

Po dwóch godzinach wracałam do domu z prawie dwustoma zdjęciami  w aparacie (uroki cyfrówek)  i słuchając muzyki rozmyślałam o obrazach, które zostały w mojej pamięci. O tych ułamkach sekund, które nigdy z różnych powodów nie doczekały się zdjęcia, a mimo to potrafię je odtworzyć z fotograficzną dokładnością. Te, które niespodziewanie stały się jednymi z najważniejszych w życiu.

Dopadają mnie znienacka, bez uprzedzenia, w najmniej oczekiwanym momencie: ciepłe, rozgrzane letnim słońcem i tęsknotami, pachnące łąką,  ogrzewane kawą w mroźny dzień, przewiązane niebieską wstążką, zapisane drobnymi literkami w kolorowym kalendarzu, wyczytane pomiędzy wierszami książek, pełne radosnego śmiechu, poczucia, że oto świat jest u stóp, nie ma rzeczy niemożlwych, wytańczone, wyśpiewane, wyszeptane, niedopowiedziane, milczące. Takie przypominające różowe musujące wino, które pije się z ładnych kieliszków, przy blasku świec, coraz większymi łykami, zwłaszcza jeżeli człowiek jest bardzo spragniony. Chyba chciałabym pamiętać tylko te złe. Może łatwiej byłoby strawić i za przeproszeniem zwymiotować? Ale nie, nie da się. Mój mózg jest bezwzględny – mimo głośnych sprzeciwów serca projektuje obrazy jeden za drugim. Bez przerwy, raz za razem. W tramwaju, w domu,  na spacerze. Te najpiękniejsze, najfajniejsze, najczulsze, najbezpieczniejsze…. czuję jak kulka w gardle mi rośnie, jak łzy szukają drogi do ucieczki spod piekących powiek. Czy nie można po prostu przekręcić przełącznika – ot jak się włącza i wyłącza światło? Pstryk i ciemno.

Szłam więc tak sobie wolnym krokiem, pogrążona w myślach, a do ucha sączyła się cicho muzyczka. Moja śmieszna, oldskulowa empetrójka zawiera piosenki przeróżne. Czasem słucham je po kolei według tematycznych folderów, czasem zarzucam całość alfabetycznie.czasami jak leci. Dzisiaj zdałam się na los, a ten łaskawie przypomniał mi o pewnej hiszpańskiej piosence. Przepiękna, nasycona emocjami, - jak to  flamenco ma  zazwyczaj, piosenka idealnie odzwierciedlając stan mojej duszy i mojego serca na dzisiaj. Jak ulał. Płakać mi się chce, to co się dzieje we mnie jest nie do opisania, dawno nie czułam takiego żalu. I tęsknoty. Czemu nie umiem czytać w myślach? czemu czuję coś na kształt hmmm… osamotnienia, zapomnienia, pozostawienia samej sobie? Niepewności. Co za dziwne uczucia. Chciałabym dzielić się nimi, rozłożyć sprawiedliwie na dwoje, a przynajmniej wiedzieć, że nie jestem w tym sama. A tu sruty druty – narzucone przez konwenanse ęą. Czuć, ze piłka w grze ale strach zrobić cokolwiek. Bo przecież jakby nie wypada. A może tak łatwiej? lżej? skoro nie ma transparentów, w sumie można by pomyśleć, że tylko koni żal.

Tak naprawdę to dopadły mnie dzisiaj wszystkie możliwe chandry, nazbierało mi się poważnie. Być może dzisiaj wpis trochę bez ładu i składu ale bardzo mi potrzebny. Bo już nie chcę udawać, że w związku z rozegranym ostatecznie (?) meczem jest mi super. Może dlatego, że trochę sama siebie oszukałam, dając „ogłoszenie do prasy” treści: zamilcz, jestem silna, daję radę, nic mnie nie obchodzi, nic mnie nie wzruszy. Zamilcz, mogę bez trudu przejść nad wszystkim do porządku dziennego. Co mnie nie zabije to mnie wzmocni – buahhahha akurat. Już chyba o tym mówiłam, że – moim zdaniem to jedno z największych oszustw jakie człowiek może sobie wmówić. Nie zabiło w jednej sekundzie i owszem. Jednak sączy się i sączy, czuję jak tracę siły.

No tak dzisiaj mam - nos na kwintę i serce na supełek. Mimo, że słonecznie i letnio. A może właśnie dlatego, że słonecznie i letnio. Że rozpoczęła się czwarta pora roku. Bez motyli.

Dobre wspomnienia ranią bardziej niż złe. A czas ran nie leczy.

 

*

Yasmin Levy, "La Alegria" - rzeczona hiszpańska piosenka - tylko dla wytrwałych ;) rozwijająca się cudownie, dramatycznie piękna. Polecam.



sobota, 26 czerwca 2010
Po godzinach.

W ostatnim tygodniu szkoliłam się intensywnie. Okoliczności przyrody i pogoda do pogłębiania wiedzy były sprzyjające, grupa szkoleniowa równie świetna – zgrana, dająca przestrzeń do pracy i bardzo zaangażowana, Pan Trener Prowadzący – poza profesjonalizmem oczywistym – zdecydowanie pozytywna postać, z tak zwaną dobrą energią. No i wreszcie temat szkolenia – komunikacja. Oczywiście osadzona w konkretnym kontekście jednakowoż nie na nim się skupię. W sumie jeszcze nie do końca wiem, co ostatecznie będzie tym na czym się w tymże wpisie skupię, ponieważ w związku z zaistniałym zdarzeniem szkoleniowym mam mnóstwo przemyśleń, niekoniecznie biznesowych, jak to zwykle po szkoleniach, tudzież innych warsztatach mam.

Wiem, że ludzie są różni. Wiem, że jest milion pięćset parametrów, wg których można nas przyporządkować do jakiejś grupy, włożyć do jakiejś szufladki - a to ze względu kolor włosów, kolor oczu, poglądy, pracę w określonej branży lub – dość poważny przydział – ze względu na typ osobowości. Wiem też, że na dobrą sprawę – z każdym można się porozumieć. Wszystko wydaje się takie proste. Założenia, reguły, zasady – zwał jak zwał – poprawnej i efektywnej komunikacji wydają się być powszechnie znane, łatwe w użyciu i gwarantujące sukces, a przynajmniej czyniące go prawdopodobnym do osiągnięcia. Świadomie używam „wydają się być” – ponieważ znowu ogarnęło mnie zdumienie jak bardzo oczywiste sprawy są nieoczywiste. Skoro umiem podzielić ludzi na przykład - wg czterech podstawowych grup osobowościowych, rozpoznać ich najbardziej charakterystyczne cechy to teoretycznie powinnam sobie z nimi radzić. I radzę - z dwoma grupami, nad trzecią pracuję jednak z czwartą – typów dominujących - nie radzę sobie kompletnie. Co wydaje się być nieprawdopodobnym na pierwszy rzut oka – bo przecież jako skorpion sama za taki uchodzę, a więc zdecydowanie - „ze swoimi” powinnam dawać radę. Nie do końca daję. W pracy jakoś łatwiej mi się z nimi ogarnąć, być może dlatego, że zależności, choćby służbowe wymuszają pewne postawy. Jak już nie da się nic ugrać - najwyżej ciśnienie mi się delikatnie podniesie, czasami przeklnę mniej lub bardziej siarczyście ale zrobię co mam do zrobienia i po zawodach. Gorzej jak taki typek trafi mi się w życiu. Ja się ich po prostu boję. Nie umiem się obronić, nie mam w sobie tyle siły, żeby stanąć z nimi oko w oko, podjąć dyskusję, zwykle się podporządkowuję. I mogłabym się tak mazgaić bez końca - jednak, zainspirowana ćwiczeniami szkoleniowymi postanowiłam wziąć się w garść. Jestem pewna, że wkrótce, dzięki praktyce przyswoję sobie wiedzę co robić kiedy spotykam kogoś, kto powoduje we mnie wszystkie niedobre odczucia. Pewnie, że nie będę się podkładać celowo, bo najlepiej unikać konfrontacji, to jest po prostu zdrowsze ale nie zawsze uda się zwiać na czas.

To jeden z wniosków jaki wysnułam po szkoleniu.  Kolejny to przyjemna świadomość że jestem na dobrej drodze do uzyskania równowagi pomiędzy pracą, a życiem po pracy. Lubię to co robię zawodowo, cieszy mnie to - jednak kiedy wróciłam do mojego domu po dwóch dniach z pracą nie w pracy (ale jednak) z ludźmi z pracy, wyraźnie poczułam jak lubię do niego wracać. Pachniało w nim białymi i różowymi liliami, truskawkami i waniliową kruszonką na placku, który z marszu upiekłam  ucieszona wewnętrznie, że jestem tutaj gdzie jestem. Znowu – niby proste i oczywiste, a jednak wcale nie takie łatwe. Długo, długo nie uświadamiałam sobie nawet samej potrzeby (konieczności wręcz) zachowania balansu - pewnie też ze względu na fikołki życiowe łatwiej mi było zwyczajnie uciec, schować się za biurkiem, komputerem, zagłuszyć płacz Szalo hałasem stukających w klawiaturę paznokci. Wydawało mi się, że nie ma nic ważniejszego niż praca. A teraz, mimo, że fikołki jakby nie ustały, wszystko układa się w śliczne puzzle. Takie moje, moje dla mnie. Tak sobie napisałam, że śliczne – bo sama się trochę rozczulam. I tymi plackami i domowym chlebem, kwiatami w wazonach. Wszystko to, plus świadomość równowagi, zdrowego połączenia wysokich obcasów z kapciami typu różowy króliczek sprawia mi wielką przyjemność. Lubię być tam gdzie tylko frajdejsy są kaszual ale też czuję jak potrzeba spokoju hmmm… takiego czułego udomowienia we mnie rośnie. Kto mnie przytuli?

PS. Myślałam też, że nie ma na świecie równie niebieskiej pary oczu jak te, którymi  została obdarzona Niebieska Dziewczynka. Otóż są :)

piątek, 18 czerwca 2010
Śpij Kochanie...

Lubię spać i lubię śnić. Miewam sny często, są przeróżne. Czasami są dokładną projekcją wydarzeń dnia poprzedniego, czasami dopisują historię do tego co miało miejsce, zręcznie łącząc ze sobą skrawki słów i obrazów - piszę tak jakbym wiedziała, KTO mi to dopisuje ;) Czasami są to sny trochę niegrzeczne, bywają dla dorosłych, zwykle są jednak zadziwiające. Rzadko śnią mi się złowrogie, chociaż dokładnie pamiętam jeden obraz – jakby wycięty z papieru, podklejony pomarańczową bibułą i podświetlony bladym światłem - czarne wzgórze z drzewem, które miało kilka nienaturalnie wygiętych kikutów. Był złym proroctwem.

Ostatnio śnił mi się też ukochany Dziadek, który z białą filiżanką w ręku przeszedł obok okrągłego stolika, odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy.

Mówi się, że latanie we śnie zdarza się rzadko. Mi się przytrafiło. Niestety tylko dwa razy. Dokładnie, ze szczegółami  pamiętam ten pierwszy – to było niesamowite – śniło mi się, że pływam, a w zasadzie nurkuję w przejrzystej wodzie lawirując pomiędzy wieżowcami – krzywymi, niezgrabnie narysowanymi, z drobnymi prostokącikami czarnych, zakolorowanych okienek – zupełnie jak na dziecięcym obrazku. Czułam opór wody, płynęłam jednak wyżej i wyżej, jakbym znalazła się w wirze wodnym, który wypychał mnie na powierzchnię, a nie odwrotnie. Wypływając czułam jak moje ramiona powoli zmieniają się w skrzydła. Wyfrunęłam ponad lustro wody, zostawiając szare domy za sobą. To był jeden z piękniejszych snów jakie pamiętam. Teraz mam skojarzenie z filmem „Wodne dzieci”, który obejrzałam,  jakieś dwadzieścia kilka lat temu, pewnego słonecznego dnia,  podczas wakacji nad morzem, kiedy wszystko było takie proste, a Tata był blisko mnie - kolejny piękny sen na jawie.

Za drugim razem latałam nad letnim ogrodem, pełnym białych kwiatów, niesamowita przestrzeń, obłędnie zielona trawa. Zdarzyło mi się też chodzić po wodzie jeziora pełnego nenufarów, wizja żywcem wyjęta z obrazów pana Claude’a M.

Jaki przyjemny dziś wieczór. Nie za ciepło, nie za zimno, w sam raz. Różowawe niebo żegna słońce, które łagodnym, jakby sennym blaskiem odbija się w szybach coraz bardziej śpiących okien. Lubię tak sobie siedzieć wieczorami. Dzisiaj akurat towarzyszy mi smukły kieliszek pełny złocistych, słodkawych bąbelków. To na cześć snu, który śni mi się co noc od dłuższego czasu. Pojawia się w nim rybak i złota rybka, kompletnie oderwany od rzeczywistości zamek, otulony śnieżnym puchem w jasny, wiosenny dzień. Jest słoneczny, gorący dzień, niski budynek, duży kamień  i wyryta na nim starożytna sentencja. Biała lekka firanka tańcząca z wiatrem. Hmmm… A może to sukienka okrywająca opalone ciało dziewczyny, która biegnie na boso za małym chłopczykiem? A może to koszula mężczyzny, który ze wzruszeniem przypatruje się tej scenie? Oboje są przecież w moim śnie. Jest i szeroka droga, kolorowe światła, przez chwilę głośna muzyka. Zegar na pięknej, strzelistej wieży i nie wiadomo skąd czerwone serce i jedenaście niebieskich gwiazd.

Zegar tyka miarowo, Niebieska Dziewczynka śpi sobie snem sprawiedliwego, biało-czarny kot wręcz przeciwnie – obudził się jakiś czas temu, teraz spaceruje dostojnie, z wielką gracją  – gdyby nie to, że widzę to na własne oczy, w życiu nie przypuszczałabym, że ruchy kota wagi ciężkiej mogą być tak delikatne. I takie cichutkie. Prawie jakby go nie było. A ja siedzę i jak co wieczór myślę, że już późno, że jutro muszę wstać, że powinnam już spać. I myślę, że za chwilę otulę się chłodną pościelą i też zasnę. W objęciach Morfeusza.

To nie sen jest częścią życia ale odwrotnie.

Dobranoc.

00:45, paniszalo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 czerwca 2010
Więc ze mną to jest tak.

Urodziłam się w październiku, w  pierwszym dniu znaku zodiaku o którym mówią, że zły i niedobry. Owiany mroczną tajemnicą, budzący postrach, rzadko szacunek i respekt. Nawet to, że jest ekspresyjny i namiętny w zestawieniu z pozostałymi cechami raczej nie brzmi jak komplement. Punktowany za przenikliwość, posądzany o chytrość, podstęp i zawiść. Normalnie strach się bać. Uwielbiam to dziwne spojrzenie moich rozmówców, kiedy - bądź co bądź z dumą - mówię pod jakim znakiem się urodziłam. Ha ha ha – jakby diabła zobaczyli.

Dobrze. Uczciwie muszę przyznać, że w kaszę sobie napluć nie dam. Bywam apodyktyczna (nie lubię tego słowa ani tej apodyktyczności), lubię wiedzieć zawsze i wszędzie co w trawie piszczy. To prawda, że zraniona do żywego nie umiem zapomnieć. Prawda, że ponosi mnie czasami. I że trochę powrzeszczeć sobie lubię (i też całkiem dobrze umiem ;)). No i wiecznie walczę. Bo wojowniczość mam we  krwi. A i z tym, ze względu na barwność mojej osobowości bywało różnie. W początkowej fazie, ta moja wojowniczość to było zwykłe, proste awanturnictwo. W zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa (treningowo) i wczesnej młodości (dla zasady) kłóciłam się zaciekle o byle co, nie przebierając w słowach, zawsze musiałam mieć ostatnie zdanie. Nieważne jakie, byle ostatnie i byle moje.  Nie bo nie, co ty tam wiesz o zabijaniu i takie tam inne.

Z czasem sztuka dla sztuki zaczęła mnie zwyczajnie męczyć, wkrótce doznałam objawienia (matko bosko, co ja tu za herezje…)…no dobrze – zaczęłam rozumieć, że tak naprawdę krzyczę sobie sama na siebie. W końcu też dotarło do mnie, że wojować nie ma co. Z innymi, bo wojowanie z samą sobą rozwija. Im więcej tym lepiej. Oczywiście, że spory wewnętrzne nie powinny hulać po naszym wnętrzu jak wiatr po przysłowiowym polu. Warto je złapać, obejrzeć  i wycisnąć  z nich sok tego, co najważniejsze i najbardziej pouczające. A potem puścić wolno - niech lecą gdzie chcą, byle dalej od nas. Esencja i tak zostaje na półeczce z kolorowymi słoikami, do których w każdej chwili możemy sięgnąć.

Brałam udział w takiej  kontrolowanej zabawie przez prawie dwa lata. Nie namawiam nikogo, bo trzeba chcieć lub poczuć, że potrzeba taką podróż odbyć. Moja była długa i bardzo trudna jednak było warto. Teraz - mimo, że jeszcze czasami  moja awanturnicza natura rwie się do przodu powoli umiem powiedzieć "prrrr, stój szalona". Trochę jeszcze nieporadnie, stąd nie zawsze uda mi się utrzymać ją w ryzach ale przecież trening czyni mistrza :)

Poszpanowałam trochę psychoanalizą ;), teraz pora na podsumowanie. Cóż, biorąc pod uwagę powyższe oraz złą sławę mojego znaku -  na pierwszy rzut oka wychodzi na to, że taki sobie ze mnie typek spod ciemnej gwiazdy ;) Na szczęście moje dwie opiekuńcze planety oraz cały zastęp życzliwych gwiazd sprezentowali mi w chwili narodzin również i fajne cechy. Myślę, że do tego ogródka kilka swoich kamyczków dorzuciła też Wenus, bo niemożliwe, żeby Pluton i Mars – z całym szacunkiem - mieli w sobie aż tyle romantyzmu  ;)

To była reklama ;)

 

Tagi: życie
23:30, paniszalo
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 czerwca 2010
Cztery pory roku.

Był sobie ogród. Zwyczajny, otoczony zgrabnym płotem, przepisowo zadbany, chwasty elegancko wyrwane, trawka przystrzyżona, ścieżki równo wydeptane. Ławeczka od kilkunastu lat ciągle w tym samym miejscu. Kwiatki też są jak należy – pomarańczowe i żółte aksamitki, drobne i mało efektowne ale za to pięknie pachnące maciejki, kępy smukłych irysów, margaretki i stokrotki. Takie sobie kwiatki. Pośród tego wszystkiego rosło drzewo. Mocne, dające schronienie, opiekuńcze drzewo. Stało sobie spokojnie przez wiele lat, niewzruszone, odporne na burze, słońce, wiatry i deszcze. Aż pewnego letniego dnia, przez twardą korę owego drzewa przebiła się gałązka. Drzewo przeczuwało, że coś się wydarzy – od kilkunastu dni promienie słońca wydawały się być jaśniejsze i cieplejsze niż zwykle, wyczuwało też wyraźnie delikatny powiew ciepłego wiatru ... i ten wesoły trzepot skrzydeł motyli, które prawie znienacka i w zasadzie znikąd pojawiły się wokół niego. Drzewo przyglądało się gałązce z uwagą  - wyrosła bowiem całkowicie z boku - inaczej niż wszystkie pozostałe, które układały się w jego koronę. Taką akurat, w sam raz, politycznie poprawną, porządną, trochę nudną.

Niesforna gałązka coraz bardziej ciekawiła drzewo. Była na tyle interesująca, że drzewo postanowiło poczekać co z tego jasnozielonego pędu wyrośnie. A rosło coraz piękniej. . Zaczęło więc też o nią dbać – starało się, by w słoneczne dni gałęzie korony nie zacieniały jej za bardzo – zależało mu, żeby ogrzewała się w promieniach słońca. Dbało też o to, by otrzymywała tyle kropli deszczu ile potrzebowała, by drobniutkie listki, w które powoli się ubierała nabierały coraz piękniejszych kształtów i coraz bardziej soczystego koloru. I tak rosła sobie gałązka  przez kolejne dni i tygodnie otoczona czułością drzewa. Listków było coraz więcej.

Wczesną jesienią – niespodziewanie, pojawił się na gałązce maluteńki kwiatuszek. Wydawało się, że nie pasuje do całości. Był taki delikatny i kruchy, wyglądał jak narysowany, gałązka przez te kilka chwil zdążyła go polubić. Pokochać może nawet. Kiedy po kilku dniach płatki zaczęły więdnąć i opadać, bezgłośnie pożegnała go z wielkim smutkiem kropelkami porannej rosy. Wiedziała też, że kwiatek wyrósł tylko ten jeden, jedyny raz.

Coraz krótsze dni mijały szybko, słońce świeciło coraz słabiej. Nadeszła prawdziwa jesień. Gałązka czuła się coraz gorzej, opadały jej liście, było jej coraz zimniej, deszcz, który latem dawał tyle przyjemnego chłodu teraz był dla niej zabójczy. Listopadowa wichura pojawiła się nagle. Zniszczyła kilka gałęzi z równo przyciętej korony, którą drzewo zajęło się z wielką uwagą. Osłabiła też gałązkę, która złamała się wtedy w najdelikatniejszym miejscu. Drzewo poświęcało gałązce coraz mniej uwagi, mimo wszystko przetrwali razem srogą, długą, śnieżną zimę.

Kolejnej wiosny, resztkami sił gałązka ostatni raz wypuściła listki. Na dotrwanie do ciepłego lata już ich zabrakło.

 

01:21, paniszalo
Link Komentarze (2) »
środa, 09 czerwca 2010
Dobrze, że nie białe kozaczki... ;)

Ależ upał. Na szczęście miałam dzisiaj wolne z uwagi na fakt, iż wczesnym popołudniem w przedszkolu Niebieskiej Dziewczynki miało odbyć się przedstawienie z okazji Dnia Matki i Ojca, na które zostałam przez Córkę zaproszona. Od kilku dni planowałam co zrobię z prawie całym dniem wolnym. Ile to ja nie zrobię....

Tuż po obudzeniu perspektywa dnia wolnego cieszyła mnie tym bardziej, że miałam dość ciężką noc. Spać nie mogłam, jakoś mi sie nazbierało myśli z gatunku tych co jak wejdą do głowy to z niej wyjść nie mogą. Biłam się z nimi przez pół i tak dość krótkiej nocy. W końcu, niepostrzeżenie zasnęłam. Dzięki Bogu, gdyż mogłoby się przypadkiem okazać, że wszystkie przebłyski myślowe przeznaczone na normalne, dzienne funkcjonowanie skumulowały się właśnie w tej nocy, więc następnego dnia musiałabym świecić oczami i robić inteligentne miny, co jak wiadomo również wymaga pewnego wysiłku... i kółko by się elegancko zamknęło ;)

Zaprowadziłam dumną Córkę do przedszkola, dzierżąc w dłoni wieszak z pięknie odprasowaną sukienką "galową". Mina mi delikatnie zrzedła, radość z prasowania* natychmiast się ulotniła , kiedy Pani przedszkolanka oznajmiła, że dziewczynki i owszem - będą występować w sukienkach ale przedszkolnych. Jedynymi dodatkami jakie są wymagane i powinnny być dostarczone przez rodziców są białe rajstopki (najlepiej gładkie, bez wzorków) i biała bluzeczka (gładka, typu t-shirt, z krótkim rękawkiem). Niebieska Dziewczynka po długim weekendzie lekko zaniemogła, w związku z czym do przedszkola nie chodziła, a co za tym idzie - nie miałam pojęcia o wymogach garderobianych. Ale co tam, była dopiero godzina 8, do centrum handlowego rzut beretem - doniosę więc i bluzkę i rajtki. Wracajac do domu spotkałam prowadzone do przedszkola przez ojca - Przyjaciółkę Niebieskiej Dziewczynki i przeboską Siostrę Przyjaciółki. Wymieniliśmy uprzejmości na dzień dobry i do zobaczenia na przedstawieniu. Przy okazji wzmianki o przedstawieniu, Tata dziewczynek - nieco wzburzony oznajmił, że o konieczności białych rajstopek i białej bluzeczki dowiedział się wraz z małżonką  wieczorową porą dnia poprzedniego. Od Córki, która zupełnie przypadkiem coś tam przebąknęła. Od razu załączyły nam się pomysły na udrożnienie kanału komunikacji na linii pani przedszkolanka - rodzice. Może dzienniczki? ;) No ale o czym to ja... a więc tak - przyszłam do domu - była dopiero 8.30. Ze spokojem przygotowałam sobie śniadanie, które ze smakiem zjadłam, zrobiłam kawkę, którą ze smakiem wypiłam. Minęła godzinka. Ależ przyjemne nicnierobienie... o truskawki sobie zjem. Nareszcie spokój :) Miałam tyyyyyyylllllleeee czasu. Nim się jednak obejrzałam wybiła 11. Pora więc zebrać się w sobie i pójść nabyć białe wdzianko. W pierwszym sklepie z ubrankami pani ekspedientka uprzejmie poinformowała mnie, że białych bluzeczek (typu t-shirt) bez nadruków i innych aplikajcji brak. Nic mnie  nie zrażało, jeszcze mam co najmniej ze dwa sklepy z ciuchami dla dzieci. Jednak nie było mi do śmiechu, kiedy w ostatnim z nich kolejna uprzejma pani pwoiedziała mi dokładnie to samo co jej koleżanka po fachu w pierwszym i w drugim - bez nadruków białych nie uświadczysz. Sytuacja stawała się delikatnie nerwowa ponieważ była już 12, a ja nie mialam ani bluzki ani rajstopek. Poza tym, na 14 miałam zaplanowane spotkanie, którego odwołać nie mogłam - więc tym bardziej możliwości czasowe jakby sie kurczyły. Ale dobrze. Nie dajmy się zwariować  - na osiedlowym bazarku NA PEWNO coś się znajdzie. I owszem - tłum ludzi, któremu dałam się ponieść. Nie bywam na tymże bazarku (a właściwie, biorąc pod uwagę jego rozmiary - całkiem zacnym bazarze) zbyt często, a jeżeli już - to raczej w celu nabycia warzyw i owoców, więc znowu chwila upłynęła zanim zorientowałam się w której części jest tzw. sektor odzieżowy. Kiedy go znalazłam, już w pierwszym sklepiku nabyłam białe rajstopki - co wydawało się być dobrą prognozą w kontekście bluzeczki. Wydawało się i to jest najgorsze.  Bo jak już były bluzeczki to na rozmiar 122. Zrezygnowana, z wizją odziania dziecka w różowy t-shircik, którym dysponowałam podeszłam do ostatniego stoiska. Pani ekspedientka, na moje pytanie o białe, gładkie bluzeczki z krótkim rękawkiem przytomnie je uszczegółowiła - do przedszkola? tak, do przedszkola. "Pani się nie przejmuje - ciągnęła - że wymyślili gładkie. Zawsze tak mówią." Nie wiem czy tak powiedziała, bo gładkich nie miała, czy dlatego, że faktycznie miała doświadczenie w tym temacie. Ostatecznie nabyłam białą z kołnierzykiem, rękawkami, delikatnymi kwiatuszkami i z wywieszonym językiem pognałam do domu, potem na spotkanie i wreszcie do przedszkola. Przedstawienie było pierwszorzędne, kwiatuszki idealnie pasowały do tęczowej, przedszkolnej sukienki. A z misternie zaplanowanego dnia wolnego nie zostało dla mnie nic ;)

Ot i cała lekka opowiastka na koniec dnia.  Może trochę o tym, że  wymyślona przez kogoś (pani przedszkolanka: białe, gładkie, bez nadruków) lub samego siebie (ja: skoro pani powiedziała, że białe, gładkie i bez nadruków to widocznie jest w tym jakiś zamysł) idealnąa historia z góry zakłada brak elasyczności (znowu ja: dziękuję za pomoc ale musi być biała, gładka i bez nadruków). I może trochę o tym, że nawet najlepiej wymyślony plan i tak szlak trafi (pani z bazarku do mnie: pani się nie przejmuje gładką, bierze tą z kwiatkami, pani zobaczy, że będzie pasowała ;)

:)

* delikatna złośliwość wobec czynności prasowania. Otóż - szczerze nie cierpię prasować dlatego taka byłam uradowana i - co tu dużo mówić - dumna z siebie, że udało mi się wykrzesać tyle siły, by tą kieckę odprasować jak należy. A tu masz.

wtorek, 08 czerwca 2010
Listy i maile. Znajdż różnicę.

Napisałam dzisiaj maila, jednego z wielu oczywiście ale ten był szczególny. Kilka słów dosłownie. Napisałam jednym tchem, jeżeli można tak powiedzieć o pisaniu. Tak szybko jak napisałam, tak szybko nacisnęłam „wyślij”. Bez końcowego rzucenia okiem na list, bo bałam się, że jeżeli zacznę sprawdzać przecinki i kropki, to w międzyczasie się rozmyślę i Adresat nigdy nie pozna myśli, które bardzo chciałam, żeby do niego dotarły. Właśnie w tej chwili.

Głupio trochę, że w tym naszym komputerowym świecie często załatwiamy ważne i ważniejsze sprawy przez maile. Wkurza mnie to, a jednak sama piszę, bo przecież jest łatwiej, jest czas na zastanowienie się, jak coś napiszę i mi się nie spodoba, to sobie skreślę, wybiorę tylko te słowa, które pasują do koncepcji. Wyślę albo zostawię w kopiach roboczych. Jest też oczywiście druga strona medalu – trudno powiedzieć czy to wada, czy zaleta korespondencji - Adresat przeczyta tylko to co jest napisane, nie zobaczy  nic więcej poza równym rządkiem literek. Nie zobaczy emocji jakie towarzyszą Nadawcy podczas pisania listu, ani wyrazu jego oczu, ani łez czy uśmiechu. Adresat być może nigdy nie dowie się, że Nadawca napisał list ze strachu, że nie ma w sobie tyle sił albo odwagi, by powiedzieć Adresatowi to co myśli prosto w oczy. Adresat prawdopodobnie też nie dowie się, że Nadawcę, tuż po wysłaniu listu – tak jak mnie na przykład - nagle ogarnęła panika, że może napisał za dużo, niezgrabnie, dokładnie to co dyktowało mu serce, a co nijak ma się do rzeczywistości, a jest już za późno na odwołanie wiadomości.

Ludzie listy piszą. Każdy do każdego. Przełożony do podwładnego, podwładny do przełożonego, koleżanka do koleżanki, kolega do koleżanki, koleżanka do kolegi, mama do córki, siostra do siostry, przyjaciółka do przyjaciółki. Kochankowie, małżonkowie. Z jednej strony fajnie – kontakt jest zachowany na bieżąco, z drugiej mniej fajnie, bo brakuje spojrzenia w oczy przy przekazywaniu myśli.

PS. Tęsknię za tradycyjnymi listami. Co roku tuż przed Bożym Narodzeniem wysyłam do Bliskich kartki świąteczne. Lubię pisać życzenia specjalnie dla Kogoś, ręcznie, ozdabiać gwiazdkami, choinkami, bombkami. Przy okazji wspominam czasy (dość odległe ;)), kiedy listy pisałam namiętnie. Zdarzało się, że nawet kilka w tygodniu – do Przyjaciela, ówczesnej Przyjaciółki czy też narzeczonego, bywało, że i niechcianego narzeczonego ( w tym wypadku korespondencja – z oczywistych względów - kończyła się równie szybko jak zaczęła ;)).Były to kilkustronicowe elaboraty, fantastyczna wymiana myśli, rozważania na przeróżne tematy. Listy z których czasami śpiewało Stare Dobre Małżeństwo, pełne emocji i ciepłych słów powtarzanych za Stachurą. Z kopert wysypywały się kwiatki, zasuszone liście, kartki z cytatami lub innymi złotymi myślami, zdjęcia. Listy wesołe, kolorowe, pachnące. Były też listy smutne, kończące jakieś etapy w naszych relacjach albo korespondencje, które urywały się w najmniej oczekiwanym momencie, pozostawiając bez odpowiedzi pytania, do dziś nierozwiązane kwestie.

Niestety tylko kilka z tych setek listów ocalało. Kiedy Niebieska Dziewczynka zapragnie w wielkim rozgoryczeniu spalić listy nakażę jej zrobić kserokopie i to one pójdą z dymem. Oryginały skonfiskuję i oddam - jak jej wróci rozum ;).

Tagi: życie
00:02, paniszalo
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 czerwca 2010
Tik tak, tik, tak, tik tak...

W Dużym Mieście poza tym, że rytm spotkań towarzyskich dyktują zapełnione po brzegi kalendarze - w dobrym tonie jest zapowiedzieć się na wizytę co najmniej dwa tygodnie wcześniej, najlepiej na weekend, w tygodniu przecież nie ma czasu. Termin spotkania jest wstępnie umówiony, potwierdzony kilka razy, potem kilka razy przełożony z braku czasu, oczywiście na "w przyszłym tygodniu" albo na "to się zdzwonimy"... . Matko boska. Nie chce tam wracać, nie chcę. Chcę być tutaj gdzie życie toczy się swoim własnym życiem. Niebo jakby bardziej niebieskie, powietrze bardziej przejrzyste, słońce cieplejsze. Czas - mimo, że mierzony tym samym zegarkiem - płynie wolniej. A może to kwestia serdeczności i życzliwości ludzi, których tu spotykam? Może wszeograniająca tęsknota za spokojem i normalnym, wolnym - żeby nie powiedzieć "powolnym" żywotem - jaki wiodłam tutaj przez połowę mojego dotychczasowego życia.

Słońce świeciło pięknie. Zostawiłam Niebieską Dziewczynkę pod najlepszą opieką i poszłam załatwiać sprawy "do miasta". Już na pierwszym zakręcie spotkałam Sąsiadkę. Zaczęłyśmy rozmawiać jakby nigdy nic. Pewnie mogłybyśmy rozmawiać tak i rozmawiać - ale zaczęłam odczuwać  dobrze mi znany, nieznośny ucisk w brzuchu i usłyszałam denerwujący, piskliwy głosik  - "szybko, szybko jest tyle rzeczy do załatwienia, biegiem, biegiem - nie zdążysz, nie starczy czasu". Pożegnałam się (z żalem, nie powiem) posłuszna Pospieszaczowi. W gruncie rzeczy zła na siebie, że znowu mu ulegam.  Gnam więc przez alejkę przepięknie zacienioną przez zielone, soczyste liście drzew - swego czasu chodziłam tędy z Rodzicami do Babci i Dziadka, do Cioci, do kościoła. Pospieszacz kusi mnie, żeby puścic się pędem przez drogę w niedozowlonym miejscu (na wysokosci przystanku autobusu nr "6", który kiedyś woził mnie do liceum) - "Będziesz szybciej" - piszczy mi do ucha. O nie. Tego juz za wiele. Mam cię w nosie - odburknęłam. Właśnie, że obejdę sobie w kółko i przejdę przez ulicę po zebrze. "Stracisz czas, pięćset metrów to kilka cennych chwil" - niecierpliwie kontynuował swój monolog Pospieszacz. Ignorowałam go, z radością wchodząc pomiędzy kolorowe, niezbyt wysokie bloki. Alejka poprowadziła mnie prosto do mieszkania na parterze zielono-żółtego bloku. I oto, proszę Państwa, bezczelny Pospieszacz, jakby czekał na odpowiedni moment.  "Nie zatrzymuj się, nie zatrzymuj - nie zdążysz, nie zdążysz" - darł się jak opętany roztaczając przede mną wizję galopujących po tarczy wskazówek zegara.  Zamilcz! - nakazałam. Zamknął się więc potulnie, jakby nie spodziewając się tak jasnego komunikatu (zwykle przecież mówiłam "masz rację"). Sięgnęłam do kieszeni po telefon, żeby się zapowiedzieć (!!!) ale kiedy popatrzyłam w szeroko otwarte okna mieszkania moich bliskich, firanki figlarnie tańczące na wietrze postanowiłam nie tylko kompletnie zignorować Pospieszacza, który wściekły bredził coś pod nosem - postanowiłam mieć w głębokim poważaniu także konwenanse - po wielkomiejsku napuchnięte do granic możliwości.

Tego mi było trzeba - "wpadnięcia na kawkę", po prostu. Serdecznego, życzliwego przyjęcia. Normalnej rozmowy, a nie kurtuazyjnej pogawędki w stylu "ęą" o  pogodzie i innych tego typu kwestiach. Rozmowy, podczas ktorej bez zbędnych wstępów mówi się o rzeczach ważnych.

Po serdecznej wizycie, podtrzymana na duchu, z pokrzepionym sercem, pełna radości i uśmiechu w sobie pozałatwiałam to co miałam do załatwienia i wróciłam do domu w zasadzie po niecałych 3 godzinach, które w moim odczuciu trwały co najmniej dwa razy dłużej. Tak jakby czas postanowił mi dać czas.

Po co się spieszyć, skoro i tak - bez względu na wszystko - zegarek zawsze wskaże właściwą godzinę.

:)

21:57, paniszalo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Stopklatka.

 


Czasami urządzam sobie maratony filmowe. Ponieważ zwykle jestem w nastroju sentymentalnym wracam do filmów, które oglądałam już kilka razy. Nazwałabym je swoją własną klasyką.Te filmy mają w sobie  wszystko to co w filmach lubię najbardziej. Smaczki, które wyostrzają moje zmysły, otwierają moje myśli, budzą skojarzenia, przywołują wspomnienia.

Jeden z najfajniejszych jaki znam to absolutnie przyjemny film. Po raz pierwszy obejrzałam go - bez przesady - z piętnaście lat temu. Lekki, trochę różowy, rzekłabym nawet familijny gdyby nie kilka romantycznych, aż nazbyt romantycznych scen jak na familijne filmiki przystało. W każdym razie ujmujący i wzruszający.

Raz na jakiś czas nie odpuszczam ekranizacji pewnej powieści historycznej. Pociąga mnie tajemnica, a tej jest sporo w średniowieczu jako takim, w zakamarkach olbrzymiego zamku – nie  powiem - w połach płaszczy bo jakoś niezręcznie to brzmi ;)). W każdym razie jakbym miała wybierać, wolałabym nosić taki szałowy płaszcz (abstrahując od niechlubnej historii tytułowych bohaterów) niż plumplać na beleczym i delikatnym głosikiem wyśpiewywać jakieś tam dyrdymały. Nie no dobra – każdy ma swój urok (ale panna od orzechów i tak jest fajniejsza ;)).

Jest też taki jeden, mój ulubiony wśród ulubionych - plastycznie cudowny, miękko nakręcony w cudnym miejscu. Też tajemniczy, zamknięty w klasztornych murach ale zupełnie inny niż historyczne opowieści - spokojny, wyważony, oszczędny w dialogi, pełny cudów, alchemii i zapachów.

Dla równowagi inny - namiętny, pełen pasji, kolorów, głośny, rozkrzyczany, jak to na andaluzyjską rzeczywistość przystało. Film przywołujący wspomnienie gorącego, parnego powietrza, przepięknie piękny z jeszcze piękniejszą muzyką. Ciepłe brzmienie gitar, przejmujący śpiew, niesamowity taniec.

Ach …. I jest jeszcze jeden … niby nic takiego, dwoje ludzi, którzy spotkali się będąc dziećmi, potem ich drogi się rozeszły, żeby znowu, kilka lat później powrócić, znowu odejść i znowu do siebie wrócić w  dorosłym życiu gdzie mimo, że uczucia i emocje mają inny wymiar chodzi ciągle o to samo – o dziecięce marzenia, nastoletnie pragnienia, życzenia wypowiadane raz po raz w odpowiednich momentach. Piękny, trochę smutny i w gruncie rzeczy tragiczny film. Dla mnie ważny, bo przypomina mi miłość szczególną.

 

Raz dwa trzy. Przyznać się bez bicia, kto nie wpadł chociaż raz w sidła romantycznej miłości ?

Raz dwa trzy. Przyznać się bez bicia, kto nie zastanawiał się chociaż raz jak pogodzić teorię, że nic nie dzieje się bez przyczyny z poczuciem, że los spłatał nam brzydkiego figla ?

Raz dwa trzy. BabaJaga patrzy.

Tagi: filmowo
22:55, paniszalo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 31 maja 2010
Niebieska dziewczynka.

Moja córka urodziła się niebieska. Zapłakała po krótkiej chwili, która dla mnie trwała wieczność. Spała, ssała, spała, ssała ale oczu nie otwierała. Przez całe trzy dni. Na przemian patrzyłam na dzieci łóżkowych Sąsiadek, które ciekawie spoglądały na świat i na moją Córeczkę, która nawet nie zerknęła spod długich rzęs. Nabuzowana hormonami na okrągło płakałam, że zapewne coś jest nie tak bo przecież wszystkie inne dzieci już patrzą, a moje nie. Kiedy czwartego dnia miałam zameldować o tym pediatrze, moja malutka, ważąca niespełna 3 kg Córeczka spojrzała na mnie z wielkim zaciekawieniem (fakt, że nie wyglądałam wtedy zjawiskowo ale żeby aż tak dziwić się wyglądem własnej matki? ;))). To dopiero była radość :) W międzyczasie skóra mojej Córki zmieniła kolor na żółty. Nie dąło rady wyjść na świat więc trwałyśmy tak sobie w szpitalnym otoczeniu – Ona i ja w codziennej walce z antybiotykami, naświetlaniami, gorączką, zmęczeniem, produkcją mleka na okrągło. Nawiasem mówiąc, mimo, że Córka ssakiem była zawodowym – uchodziła za niedożywioną (ale tylko do czasu, kiedy nie zmieniliśmy pediatry :).Po tygodniu, kiedy skóra Córki z powrotem zaczęła nabierać barw europejskich, wskaźniki się unormowały pojechałyśmy do domu. Nareszcie.

A dzisiaj, po ponad czterech latach od tamtych dni,  grałyśmy w chińczyka – co prawda załączyło jej się małe adehade ale dawała radę, kulała kostką, licząc pola gnała do „domku” , dzielnie znosząc „wystawienia” z trasy. Ostatecznie po kilku rundkach wokół planszy, jakby od niechcenia przesuwając pionkami z lekkością i nonszalancją starego wyjadacza wygrała partyjkę. Lubi kanapki z nutką (lub w cięższej wersji – kanapy z nutą ;)), makaron z sosem pomidorowym, cebulą i czosnkiem, nie chce jeść mięsa. Jest z natury wesołą dziewczynką, pozytywnie nastawioną do świata i otwartą na ludzi. Nie da sobie napluć w kaszę (której nie cierpi), jest konsekwentna (dobrze, dobrze – czasami uparta jak osioł), wygadana  i ładnie śpiewa. Zdarza jej się walnąć ściemę (musze przyznać, że dość umiejętnie), wplątując w intrygę bogu ducha winnego biało-czrnego kota. Potrafi mnie wkurzyć ale też rozczula bezustannie. Uwielbiam kiedy ni z gruszki ni z pietruszki podbiega do mnie i mówi „kocham Cię” albo „ja tylko chciałam się przytulić”, po czym jak gdyby nigdy nic wraca do swoich zajęć. Kiedy mi smutno przychodzi, zbiera usteczka w ciup i mówi „ no niessstetttyyy” – rozkosznie przy tym sepleniąc - to jej niezawodny sposób, żeby mnie rozbawić. Twardzi, że jej marzeniem jest zostać muszkieterką. Ja myślę, że może filozofką („Mamo – nudzenie się jest nudne”), restauratorką (kluski cukrowe, czyli kopytka serowe na słodko są naszą specjalnością - „Mamo ale z nas kucharki, co?”), a może będzie zajmować się braćmi mniejszymi i jeszcze mniejszymi („Pająki nie gryzą. Wchodzą na rączkę delikatnie. Tak jak biedronka”). Tak, czy inaczej - najważniejsze żeby była szczęśliwa.

Mogę  tak długo i długo zachwycać się moją Córką i głosić wszem i wobec jaka jest rezolutna i boska i .... wcale nie dam sobie siana :) Koń jaki jest, każdy widzi ;) każdemu rodzicowi obiektywizm rodzicielski jest doskonale znany :) i bardzo dobrze :)  Bo dzieci są po prostu boskie! Boskie po prostu i już :)

Z tamtej niebieskości dnia pierwszego mojej Córce zostały przepiękne niebieskie oczy. I jak słowo daję – kiedyś kogoś bardzo zaczarują.

sobota, 29 maja 2010
Pani Szalo, czarna wołga i dobre duchy.

Wczoraj zdarzyło się to, czego obawiałam się odkąd około 10 lat temu otrzymałam dokument   potwierdzający moje uprawnienia do prowadzenia samochodu. Otóż, jadąc sobie spokojnie trzypasmową ulicą, wykonując manewr zmiany pasa środkowego na zewnętrzny (uprzednio włączywszy WŁAŚCIWY kierunkowskaz), zarysowałam lewy bok pewnego czarnego samochodu. Kobieta, która go prowadziła, jeszcze zanim zdążyłam wydukać przepraszam ( właściwie – jak teraz sobie myślę – nie wiem po co, przecież i tak mnie nie słyszała), zaczęła wymachiwać rękami, a to co się działo z jej twarzą było dopiero przygrywką do tego, co miało się zdarzyć, kiedy pani zwinnym ruchem wyskoczyła z samochodu na ulicę. Do wizji dołączyła fonia. Głos miała wrzaskliwy, dysponowała zacnym zasobem niecenzuralnych słów i darła się jak opętana - do telefonu - wzywając na pomoc niejakiego Przemysława, który sądząc po nerwowych ruchach pani, był poza zasięgiem. Rozsierdzona do granic możliwości powiedziała co trzeba automatycznej sekretarce Przemysława po czym łaskawie, strzelając na prawo i lewo małymi oczkami, w których już zdążył zagościć obłęd - skierowała się do mnie tymi oto słowy:  „No k…. samochód za sto pięćdziesiąt tysięcy!!!!”. Patrzę na to moje srebrne biedactwo i już miało mi się wyrwać, że nie kosztowało więcej niż piętnaście, kiedy usłyszałam uprzejme: „k… nowy samochód, ale mnie pani k… urządziła”. Jasne, bo nie mam nic innego do roboty tylko polować na czarne samochody, żeby je – za przeproszeniem – dla sportu puknąć. „K… - słyszę - dziecko z psem samo w domu zostawiłam!” Gratuluję wyobraźni, pomyślałam i od razu też przyszło mi na myśl, że łatwo nie będzie. Nie miałam bladego pojęcia co się w takich sytuacjach robi ale po szybkiej konsultacji z Przyjacielem i przyjaciółmi Przyjaciela, podjęłam próbę negocjacji w sprawie oświadczenia. Pani odmówiła współpracy, w związku z powyższym nastąpiło zgłoszenie zdarzenia na policję. W międzyczasie przyjechał Przemysław, który w gustownym palciku, Ray-Banami na oczach i pokerową miną konsultował (przez telefon za co najmniej tysiaka) kwestię – co będzie jeżeli sprawca – czyli ja – będzie próbował wywinąć się od odpowiedzialności… ha ha ha każdy, że tak powiem - swoją miarą mierzy…

Dziś, by nie kusić losu, postanowiłam skorzystać z komunikacji miejskiej. Usiadłam sobie przy oknie, chwilę popatrzyłam na szarą, brudną ulicę, którą jechaliśmy, po czym - pogrążyłam się w lekturze. Tymczasem do tramwaju weszła pani - ubrana w ciepłą czapkę z pomponami, ciepły płaszcz, wełniane getry i klapki. W zasadzie można było podejrzewać, że za chwilę zemdleje – bo było dość ciepło, świeciło słońce, w tramwaju – jak to bywa – duszno, a pani zaczęła sapać i buchać. Nagle jednak, ku mojemu zdziwieniu, pani odzyskała miarowy oddech i ni stąd ni zowąd, nie zważając na ironiczne półuśmieszki współpasażerów,  przyjacielskim tonem i uśmiechem na ustach zwróciła się do siedzącej niedaleko mnie dziewczyny – „Czy nie uważa pani, że byłoby miło gdyby tutaj rosły drzewa? Czy widzi pani tu jakieś drzewa? Wzdłuż tej ulicy? Jak wtedy miło jechałoby się tramwajem. Może pani posadzi tu jakieś drzewo?”…

Dlaczego opisałam te dwie – pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego - historyjki? Ponieważ myślę, że być może gdyby pani z samochodu za sto pięćdziesiąt tysięcy dostrzegała zieleń drzew, kolory kwiatów i poczuła zapach trawy (co być może czuła pani w czapce z pomponem ;)), być może miałaby większy dystans do siebie i swojej szałowej fury. Za to pani w wełnianej czapce doskonale wie, że szeleszczące listki, wesoły piesek, uśmiechnięte dziecko, przyjemny powiew wiatru, orzeźwiające krople deszczu – to takie dobre duchy - które  swoją życzliwością wspomagają nas w codziennym wędrowaniu.  Sama zaczęłam tej życzliwości doświadczać, odkąd dobre duszki dostrzegły, że mam w sobie wystarczająco dużo chęci i otwartości, by je zauważyć.

Kończąc swój przydługawy wywód z radością napiszę jeszcze o jednym. Sama zaskoczyłam się swoim stoickim spokojem jaki nieoczekiwanie zachowałam. A dziwię się temu dlatego ponieważ zwykle, w podobnych sytuacjach mój charakterek i temperamencik wyrywają się do przodu. Jestem z siebie dumna i czuję satysfakcję, że nie dałam się sprowokować.  Mówiłam spokojnie, najuprzejmiej jak potrafiłam i wesoło się uśmiechałam. Nie, żeby było mi do śmiechu – bo nie było - w końcu i tak będę musiała zapłacić za lifting mojego samochodu kilka stówek. Jednak widok stojącej na środku skrzyżowania, rzucającej gromami, wymachującej rękami, wrzeszczącej niewiasty z rozwichrzonymi włosami rozśmieszył mnie zwyczajnie i – co tu dużo mówić -  trochę pod wpływem spojrzenia w krzywe zwierciadło - od dzisiaj furii mówię nie :)

no i tak... Miało być wesoło, a wyszło jak zawsze ;)

:)

PS. Tajemnicę Dobrych Duchów zdradziła mi kiedyś Skrzydlata Waszka, za co z całego serca Jej dziękuję.

PS.1. Do podpisanaia oświadczenia szczęśliwie doszło mniej więcej po  godzinie spędzonej na skrzyżowaniu, dwukrotnym przeczytaniu i porównaniu przez Panią dwóch egzemplarzy dokumentu. Pod czujnym okiem podejrzliwego Przemysława rzecz jasna.

PS. 2. Ponieważ musiałam wysiąść – niestety nie wiem, czy pani w czapce udało się namówić kogokolwiek na posadzenie drzewa. Mam nadzieję, że tak.

Tagi: podróż
15:41, paniszalo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 maja 2010
Dobrze, że nie wszystko ma swój koniec.

Dzień zaczyna się o wschodzie słońca, kończy się wraz z jego zachodem. Każdy projekt ma swój początek i koniec. Każde życie naturalnie też. A co z tęsknotą? Skoro się zaczęła to – zgodnie z tym kluczem też powinna się skończyć. A ta moja sobie po prostu trwa.

Bywa radosnym oczekiwaniem - bo za chwilę się spotkamy, bo za chwilę się przytulimy, bo za chwilę pogadamy, będziemy się razem śmiać albo płakać. Lub też porządnie napijemy wódki, a potem się zobaczy. Zdarzają się tęsknoty kosmate, zadziorne, puchate albo te o naturze kota. No i te z nutką złości, żalem i rozdartym sercem. Mimo, że są takie bure i odpychające - nie zapomnę o nich, bo są świadectwem bolesnych ale bardzo ważnych lekcji. Tęsknota bywa listem, esemesem, wspomnieniem. Pierwszą i ostatnią miłością. Tęsknota miewa kolor brązowych oczu, błękitu ciepłego morza lub granatu letniej nocy. Czasem smakuje piwem, czasem różowym winem, czasem sokiem pomarańczowym. Pachnie domem, obiadem, dzieckiem lub bardzo męską wodą toaletową i papierosami. Ma siłę ramion w których chce się pozostać na zawsze lub mocnych słów, życzliwych myśli i bardzo pozytywnej energii.

Tęsknię za Ważnymi Osobami, które spotkałam w moim życiu. I nie ma znaczenia to, że jedne tracę z oczu na czas mrugnięcia powiekami, z innymi rozstaję się na dłuższą chwilę, a z niektórymi rozstałam się na zawsze. W gruncie rzeczy nieważne też to w jakich relacjach byliśmy lub kim dla siebie ciągle jesteśmy. Chłopca o Słomkowych Włosach znam od zawsze – tak łatwo porozumiewać się bez słów - teraz trudno bez tego żyć. Wojskowego poznałam dziewczęciem będąc, Górala i Jeżyka mniej więcej w tym samym czasie. Hiszpana, Kanadyjkę i Skandynawkę znam kilka ładnych lat. Matkę w zasadzie też. Skrzydlatą Waszkę i Panią Sikorową ciutkę, a Rybaka i Iskierkę dwie ciutki krócej. Tygrys pozostanie w moim życiu na zawsze. Tak jak Kucharka Elfów. Radca pojawił się w nim na krótką chwilę, Narcyz na ułamek sekundy. Każda z tych osób jest dla mnie ważna, każda zajmuje moje myśli, za każdą tęsknię.

Najbardziej jednak tęsknię za Tym, który dał mi życie. Dopiero jako dorosłej kobiecie udało mi się pogodzić z tym, że już nigdy nie wróci. Tęsknię za chwilami, które ledwo co pamiętam, za Jego uściskiem dłoni, za Jego wesołym pogwizdywaniem. Pamiętam jak szliśmy sobie chodnikiem, nie potrafię tego dokładnie umiejscowić w czasie ale było raczej ciepło. Szliśmy razem za rękę, On już szczupły i bardzo słaby, ja dziecięco przeszczęśliwa, że jest znowu tak blisko mnie. Nie wiedziałam wtedy, że to nasz ostatni spacer. Nie wiedziałam jeszcze, że pewnego styczniowego, bardzo wczesnego poranka zostanę sama. Bez Niego. Ta tęsknota przeszywa mnie na wskroś, boli żywym bólem, jest nie do opisania. To też najważniejsza z tęsknot, która każdego dnia mi przypomina, że jestem tu i teraz. Przeszłość jest za nami, należy z niej wziąć to co najlepsze, najwartościowsze, najmądrzejsze i z tymi skarbami odważnie i z uśmiechem stanąć oko w oko z przyszłością.

 

środa, 26 maja 2010
...

Co widzisz kiedy zamykasz oczy i pomyślisz „niespodzianka”? Ja widzę kolorowe fajerwerki na czarnym niebie, różowe lizaki, baloniki, kolorowe wstążki, kwiatki, bratki i stokrotki. Niespodzianka kojarzy się zazwyczaj z czymś  przyjemnym. I w większości przypadków tak jest ale w życiu są też sytuacje, kiedy niespodzianka powinna się nazywać spodzianką. Słówko średnie ładne – przy błyszczącym, lekkim i wesołym słowie na „ny”. Jego definicja też raczej niezgrabna, trochę kanciasta, poszarpana ale w gruncie rzeczy całkiem wyczerpująca na określenie czegoś co robimy całkiem świadomie, myśląc sobie, że  będzie inaczej niż wszystko na to wskazuje. Widzimy znaki ostrzegawcze ale mimo tego ryzykujemy, kładziemy na szalę coraz więcej i więcej, czasami stawiamy wszystko na jedną kartę. Na etapie, kiedy spodzianka jest jeszcze niespodzianką – nie dopuszczamy do siebie myśli – że do akcji A zawsze przypisana jest reakcja B (B1, B2,B3 w zależności od wariantu, zawsze jest to jednak to samo B). Jak byśmy sobie nie konfigurowali, dopasowywali do „okoliczności przyrody”, do aktualnych (niekoniecznie trzeźwych) przemyśleń zawsze będzie to ten sam schemat. I tak na końcu 2+2 zawsze równa się cztery. I za wszystko trzeba zapłacić. Kwestia czasu.

Balansujemy na cienkiej linie, niebezpiecznie przechylając się w stronę przepaści, która wielką przestrzenią kusi – skocz, skocz – adrenalina to jest to, skocz, skocz zobaczysz coś, czego do tej pory nie widziałaś, skocz skocz – jesteś wolnym człowiekiem. Stoimy  tak przez chwilę, już na tym etapie przez ułamek sekundy czując coś na kształt przyszłych wyrzutów sumienia ale bierzemy głęboki oddech i skaczemy, bo nam się wydaje, że na końcu tęczy jest garnek ze złotem. Tylko wszyscy dorośli wiedzą, że tęcza końca nie ma. Mało tego - upadek z takiej wysokości kończy się poważnym cierpieniem. Nawet spadochron, który w tym momencie rozwija się w naszej głowie w postaci wszelkiego rodzaju ekskjuzów, nie ochroni przed bólem. I ostatecznie - w niektórych przypadkach - poczuciem wielkiej straty.

„Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los” – napisał Pisarz. Bardzo lubię to zdanie, często je cytuję, jednak dopiero teraz zaczęłam o nim myśleć w kontekście spodzianki.  Następnym razem – zanim podejmę  jakiekolwiek ryzyko – zrobię rachunek sumienia, nawet jeżeli będę miała na to chwilę  tak krótką jak ta, która dzieli jeden oddech od drugiego i zastanowię się nad tym, czy dam radę unieść  ciężar jeżeli spodzianka okaże się być większa niż niespodzianka.

21:58, paniszalo
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 maja 2010
Tytuł: brak

Kto tego nie doświadczył… wypatrujemy, wyczekujemy, tęsknimy, milion razy sprawdzamy maile, telefon, czekamy na chwilę rozmowy. Tęsknię, kiedy Ciebie nie ma. Bądź jak najbliżej. Minuty wydają się być godzinami. Przed pierwszym spotkaniem serce podchodzi nam do gardła,  bije tak mocno, że zastanawiamy się, czy jego bicie na pewno słyszymy tylko my.I ten pierwszy moment – spojrzenie, rozmowa, pocałunek, pierwsza wspólna noc. Kocham Cię. I ja Cię kocham. Kocham sobą, całą duszą, całym ciałem, rozumem i sercem. Zmysły szaleją, więcej widzimy, więcej słyszymy, dotykamy, smakujemy, czujemy. Wszystko wydaje się możliwe. Nie mogę bez Ciebie żyć, dzięki Tobie wiem jak można mnie kochać, ile mam w sobie miłości, ile mogę z siebie komuś dać. Twój dotyk jest dla mnie, mój dla Ciebie. Twoje ręce pasują do moich, Ty mówisz to co ja myślę. Nigdy nie kochałam tak bardzo. Nie sądziłem, że można być tak kochanym. Moja. Mój. Wielka potrzeba bycia blisko, pragnienie spełnienia, nawet za cenę grzechu.

A potem z dnia na dzień coraz mniej nas. Z każdą chwilą mniej i mniej. I to nieznośne wypatrywanie, wyczekiwanie, tęsknota, milion razy sprawdzany mail, telefon… oczekiwanie na chwilę rozmowy. Kochasz mnie jeszcze? Kocham, przecież wiesz…

Zakochanie to piękny stan. Jest nam dobrze. Bardzo dobrze. Do dobrego można się przyzwyczaić. Do bardzo dobrego tym bardziej.  Pozornie bezpieczna sytuacja, nic nas nie zaskoczy. Nic? Ha. Najbardziej zaskakuje to, że przyzwyczajenie to najgorszy stan jaki może zastać człowieka. Godzimy się na to, bo jest nam wygodniej.  Przyzwyczailiśmy się do tego, czy tamtego. Udajemy, że to takie naturalne. A w kąciku sobie siedzimy i płaczemy. Za porywem serca, za szczęściem i spełnieniem. Za  miłością z krwi i kości. Za prawdą o sobie.

Adam zapytał -  chcesz się przytulić? Ewa powiedziała - tak. Oboje nadzy, tylko dla siebie, dzieląc jabłko sprawiedliwie na pół.

Nie ma odwrotu. Raj od początku utracony.

 

Tagi: życie
23:42, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Cenny prezent w niekoniecznie ozdobnym papierze.

Stałam sobie na balkonie, w sukience odkrywającej plecy, popijałam wino, paliłam papierosa. Uczestniczyłam w interesującej rozmowie. Uśmiechałam się, przysłuchiwałam słowom wypowiadanym przez moich rozmówców, aż tu nagle przyszła moja kolej. „Sądzisz więc, że korpo jest fajne?” – czy jest fajne? Zależy co kto lubi, każdy ma swoje kółko zainteresowań. Ja jestem częścią tego świata. Lubię być częścią większej całości, lubię być trybikiem w machinie. Ale taki świat wciąga, ma swoje zasady, każdy dla każdego, uśmiechamy się ciągle, wszyscy jesteśmy rodziną. Ha ha ha. Tak. Ciocią i wujkiem, siostrą i bratem, kochankami nawet czasem. A nie – kochanek to nie rodzina przecież. Był taki moment, kiedy się zachłysnęłam, oślepłam nawet na chwilę. I bardzo dobrze, że mi wzrok odjęło, bo gdybym widziała - łatwo ominęłabym ścianę na środku drogi i poszła dalej, zgrabnie obchodząc każdą następną, pokonując przeszkody - niesiona siłą zasady, że przecież nie ma problemów, są wyzwania. Wyzwanie ma to do siebie, że zwykle się je podejmuje. Fajnie, jeżeli w dobrej sprawie, gorzej, kiedy – mimo, że cel środków nie uświęca – idzie się w zaparte. Bo powiedziało się A, więc trzeba powiedzieć i B. A najlepiej wyrecytować alfabet do samego końca, bez zająknięcia aż po zet. Albo nawet żet. Dobrze więc, że rozpędzona,  ślepa jak kret - wpadłam prosto na nią, walnęłam porządnie i otrzeźwiałam.

Co jest ważniejsze – mieć czy być? Mało oryginalne, wiem. Pewnie najlepiej by było mieć i być. Ale się nie da. Albo jedno albo drugie. Jak już się ciastko zje to się go po prostu nie ma. Też Ameryki nie odkrywam ale ja czasami tak sobie lubię po prostu usiąść i zastanowić się nad sprawami pozornie oczywistymi. Warto było przejść przez to wszystko. Dotarło do mnie, że to moje BYĆ szło sobie za mną małymi kroczkami od dłuższego czasu. Tuptało, ciągnęło za spódnicę, mówiło cichutko – obejrzyj się, zobacz mnie – jestem. A ja, zanim je faktycznie dostrzegłam  w tym swoim zafiksowaniu na chcenie zatoczyłam piękne kółeczko. Och jakie śliczne.

Tysiące literek składających się na słowa, tysiące słów składających się na zdania, tysiące zdań składających się na myśli, tysiące myśli zamkniętych w głowie.

Guza mam sporego, a jakże, pewnie trochę poboli. Nieważne. Dobrze poczuć ulgę.

Życie daje nam to, co w danym momencie jesteśmy gotowi przyjąć.

Tagi: życie
23:59, paniszalo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 maja 2010
Tam, gdzie widać gwiazdy jest mój dom.

Przeszłam kilkanaście uliczek starej, pięknej dzielnicy, weszłam na wzgórze, patrzyłam na ludzi, którzy mnie otaczali. W świątyni rozmodleni, rozbawieni przy stolikach, uśmiechnięci, roześmiani . Udają, czy są naprawdę szczęśliwi?

Z zewnątrz ponury gotyk, w środku feria barw, tysiące kwiatów, gwiazd, świetlistych szkiełek witraży. W pięknej, kolorowej, przecudnej świątyni - zachwycona , usiadłam i patrzyłam. Zapaliłam świeczuszkę – proszę, wysłuchaj mojej prośby. Zapaliłam drugą – proszę, opiekuj się Nią. …. I Nim również…. Kocham Go przecież. Daj Mu szczęście, proszę. Bądź blisko Niego, Aniele Stróżu mój… Zadźwięczały dzwonki, zabrzmiały organy. … Gorąco mi, coraz bardziej gorąco. Tracę oddech, pieką mnie oczy. Jestem tu i teraz. Czuję siłę uderzeń własnych pięści w pierś. „…bardzo zgrzeszyłam myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem…”. Odszukać siebie, wrócić tam skąd przyszłam. Im szybciej tym lepiej. Ariadno, gdzie jest nić, gdzie jest nić …

Chcę wrócić tam, gdzie moje miejsce. Tam, gdzie na nowo nauczę się, że istnieje zamknięty katalog zasad, które są nienaruszalne. Których nie można swobodnie interpretować, wyrywać z kontekstu, dopasowywać do sytuacji albo korzystać tylko z tych , które na daną chwilę są wygodne. Musze wzmocnić swój kręgosłup, wrócić do świata w którym panuje równowaga.   Ale najpierw - należy mi się porządne lanie.

Wróciłam z wcale nie tak daleka. A jednak.

 

piątek, 30 kwietnia 2010
w środku.

Gdzie jest granica? Hmmm co jest za granicą? Ile można wytrzymać? Ile przeżyć ? Do ilu łóżek wejść, ile ust pocałować, w ile ramion się zapaść? Ile trzeba się dowiedzieć, by być pewnym, że to już to? A może zawsze jest tak samo? Pewnie tak. W końcu każdego dopadnie rutyna. Jednak znam i widziałam na własne oczy miłość niepierwszą.
Miłość niepierwsza jest moim lustrem. Przeglądam się w nim z uwielbieniem. Jestem piękną kobietą, pewną siebie, swoich pragnień i oczekiwań. Jak to się dzieje, że kiedy próbuje je odwrócić do ściany nagle znikam?

sobota, 06 marca 2010
Na poczatku był chaos. A potem była Kobieta.

Boli, bardzo boli. To jedyne co potrafię opisać. Jestem pusta, nie ma we mnie nic. Czarna dziura. Ostatnim smakiem, który pamiętam to smak landrynkowych cukierków. Lepkich, różowych kulek które wpychałam do ust garściami, bez umiaru. Na zapas napełniłam nimi kieszenie i potem podjadałam w samotności. Jadłam, cukierek po cukierku raz po raz ze strachem zaglądając do kieszeni, czy to przypadkiem nie jest ostatni… Dziwne, że po takim obżarstwie nie rozbolał mnie brzuch tylko serce. I głowa od walenia w ścianę. Doszłam do muru. Po omacku, resztkami sił szukałam cegły, która okaże się kluczem do tajemnego przejścia. Obracam się wokół własnej osi coraz szybciej, jak opętana. Mur rósł w zastraszającym tempie. Jest coraz ciemniej i zimniej. Brakuje mi powietrza, tym razem nie ucieknę. Jestem na samym dnie studni. Czuję jak szorstki mur ściera moją skórę po kawałku. Co za koszmar.  Nikt tu nawet nie zajrzy. Nabierz tchu Szalo, to już ostatni raz. Krzycz ile sił. Ostatni raz. Jeżeli teraz nikt cię nie usłyszy – więcej razy nie będzie.

Był koniec lata, pogoda słoneczna, ciepło. Ucieszyłam się, że tam pojadę. Denerwowałam się? Chyba tak. Tak - na pewno. Uff… nareszcie, wszyscy już są. Uda mi się wyluzować? Mimo, że znałam wszystkich czułam się nieswojo. „Przepraszam na chwilę”. Pudrowanie nosa? Ha ha ha nie ma głupszego pretekstu do ucieczki. Co ja wyprawiam? Znowu to samo. Przecież chciałam tam być. Chciałam? Chciałam. Boję się? Czego? Ci ludzie są mi życzliwi. Uśmiechają się, żartują, prowokują do rozmów. „Weź się w garść Szalo!” huczało mi w głowie. Tak, tak. Trzeba się wyluzować. Uśmiecham się,  jednocześnie zastanawiając czy rozmówcy zauważyli w moich oczach strach, który czułam w środku. Ciekawe, kiedy pomylą mi się słowa, które bezmyślnie wypowiadam z tymi, które zapisują w głowie przebiegły plan. Już wiem …. czmychnę cichaczem…. Zmienię sandałki na tenisówki. Tak dobry pomysł. Robi się chłodno. Ucieknę na chwilę, opanuję oddech i wrócę. Odetchnę. Uciekam, uciekam, uciekam…. Ciągle uciekam……… Ukryć się. Jak najgłębiej, jak najdalej, jak najszybciej, w mysiej dziurze najchętniej. Biegnę na oślep.

Złapał mnie pod ciężkim, granatowym niebem. Gwiazdy spadały do wody jedna po drugiej, nawet nie zdążyłam wypowiedzieć życzenia. A może ono samo się wypowiedziało? Przecież w tamtej chwili dostawałam dokładnie to czego pragnęłam, za czym tęskniłam, czego dawno nie czułam. Ramiona stanowczo zagarniały mnie do siebie. Na chwilę byłam bezpieczna. Brązowy zapach trzcin uwodził i ośmielał….

Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęłam  blednąć, tracić blask, zapadać się w sobie tak bardzo, że w końcu nie było mnie wcale. Straciłam siebie do tego stopnia, że zaczęłam udawać. Jaka była ze mnie wspaniała aktorka.  Na zawołanie stać się kimś innym to prawdziwa sztuka przecież. Dusza towarzystwa? Nie ma sprawy – za chwilę będę wesołą Szalo. Uwodzicielka? Bardzo proszę, tylko podkręcę rzęsy. Zbawić świat? Jasne - udźwignę wszystko, bo kto inny jak nie ja? „Jeżeli ty stracisz wiarę, jeżeli ty nie podniesiesz nas na duchu, to kto to zrobi?” - mówili wszyscy. Tylko kto mnie przygarnie, kto mnie przytuli? Ja też płaczę! Potrzebuję pomocy, krzyczałam w duchu, wykończona po kolejnym dniu odgrywania przeróżnych ról.

Tamtej nocy, jeszcze zanim nastał świt zrozumiałam, że dzieje się coś ważnego, że te kilka czułych chwil są początkiem mojej drogi. Uświadomiłam sobie jak bardzo zaniedbałam siebie biegając jak szalona, spełniając oczekiwania innych, próbując dopasować się do „standardów”, na siłę wejść w i tak za ciasną foremkę. Uświadomiłam sobie jak bardzo jestem smutna, jak zagubiona, jak rozpaczliwie potrzebuję bliskości. Zauważyłam też, że w moim własnym życiu nie ma miejsca dla MNIE. Szalo jaką znałam od lat, siedziała skulona, prawie przezroczysta w najdalszym zakątku mojego wnętrza. Czułość Mężczyzny sprawiła, że policzki nabrały rumieńców, usta stały się bardziej czerwone, krew zaczęła krążyć w żyłach odważniej. Zaczęłam nabierać barw. Czułość Mężczyzny uświadomiła mi jak bardzo czuła po kobiecemu powinnam zacząć być dla siebie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak trudna droga mnie czeka. Dziś mimo, że podróż ciągle trwa, coraz łatwiej mi z moją, wtedy na nowo odkrytą, otulona mgiełką błękitnego zapachu kobiecością. Iskierka, która rozbłysnęła pod rozgwieżdżonym niebem stała się płomieniem, ogniem, moją mocą. Dała mi siłę jakiej do tej pory nie znałam. Z coraz większym spokojem przechadzam się po wyściełanych pluszem zakamarkach mojej duszy. Miękkie, fioletowe poduszki wytrzepane z kilkuletniego kurzu zachęcają do odpoczynku, promienie słońca odważnie przenikają przez czyste szkło ozdobionego muślinową wstążką słoika. Powoli napełniam go niebieskimi, brązowymi i srebrnymi kulkami. Tak innymi od tych różowych, mdłych, okrągłych cukiereczków.  Te nowe kulki są inne – szklane, gładkie i przejrzyste. Lubię ich wesoły, brzęczący dźwięk. Jest ich coraz więcej. Często wysypuję je ze słoika, przyglądam się każdej z osobna, obracam w palcach. Cieszą mnie, mimo, że nie wszystkie są doskonałe, kilka z drobnymi rysami, niektóre trochę potłuczone. Każda z nich jest ważna. Przynoszą szczęście więc je rozdaję. Jedną już zamknęłam w dużej, szczupłej dłoni jako symbol ważnej przemiany. Na szczęście. Na dobry początek.

*

Ten tekst darzę sentymentem. Powstał na kanwie pewnego opowiadania, które napisałam w zamierzchłej przeszłości i w związku z nią. Jest dopowiedzeniem niedopowiedzianego. Właściwie też swojego rodzaju podziękowaniem. A przede wszystkim potwierdzeniem, że emocje inspirują, dają przestrzeń, rozwijają.



 

 

 

1 ... 11 , 12 , 13