RSS
środa, 28 sierpnia 2013
wydmuszka.

Co mi się stało? na co zachorowałam? Jestem jak opakowanie samej siebie, bez środka. Pustka, obojętność. Tak do cna, po sam brzeg, nie czuję nic. Czy moje serce przestało bić?

10:15, paniszalo
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 sierpnia 2013
Wczesny wieczór.

Mimo, że jest już przed dziewiętnastą cięgle jest przyjemnie ciepło. Słońce przygrzewa, bezchmurne niebo jest cudnie niebieskie, a lekko wzburzone morze ustrojone pięknymi falami. Mogłabym się na nie gapić i gapić....  Bez końca. 

 

Czasami 

chciałabym umieć

nie pragnąć

mieć na wyciągnięcie 

ręki

zawsze.

18:59, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 sierpnia 2013
Nad morzem.

w muszli zamykam

krzyk serca 

rozbita falą

wypełniam się ciszą 

po brzeg.

 

środa, 07 sierpnia 2013
Krystalizacja.

Hortensja to część mojego snu, który śniłam jakiś czas temu. Następnego dnia kupiłam swoje pierwsze w życiu akryle (choć pasteli nie porzucam), płótno i od tamtej chwili usiłuję marzenie urzeczywistnić w formie obrazu. Ten sen będę pamiętać długo, był czymś zjawiskowym, pięknym, spokojnym. Od siebie, już na jawie dodałam lilię. Czy możliwe jest odtworzenie okoliczności powstawania snów? Nastroju, w którym znajduje się człowiek łagodnie kołysany przez Morfeusza, kiedy głowa maluje obrazy? Bo jeśli to odzwierciedlenie stanu mojego ducha to prawdopodobnie byłam w tym momencie spokojna, szczęśliwa, spełniona. Ale jeśli sen to jest to coś, czego dusza, zraniona w świecie realnym rozpaczliwie szuka jako miejsca bezpiecznego prawdopodobnie było mi bardzo źle.

Dzisiejszej nocy śnił mi się zupełnie inny - trudny, straszny, zły, apokaliptyczny. Fragmenty tej osobliwej projekcji, które rozdzierały mi serce były przeplatane scenami pełnymi ciepła, troski, bezpieczeństwa za którymi tęsknię. Kiedy wyciągałam rękę by się przytulić nagle budziłam się i uświadamiałam sobie rzeczywistość. Ten sen był okrutny, wykańczający i podstępny. Skutecznie pozbawił mnie energii.

Dawno, dawno temu, w zamierzchłej przeszłości, otrzymałam list zawierający następujące słowa: "dokąd Cię nie poznałem, nie wiedziałem, że tacy ludzie istnieją, jesteś moją fascynacją, muzą, niematerialną istotą, snem, który miałem szczęście śnić". Wiem, to  nieskromnie umieszczać tak piękne słowa na własny temat na swoim blogu ale to komplement, który będę pamiętać na lata. I wcale nie dlatego, że fascynacja, że muza, bo dzisiaj to ma kompletnie inne przełożenie, a emocje z listem związane już dawno przebrzmiały - ale dlatego, że to poniekąd dowód na to, że osoby takie jak ja, zawieszone pomiędzy światami, nawet przezroczyste da się zauważyć i urealnić. Jest mi trudno ale wystarczy muśnięcie ręki bym nabrała siły i pewności, że światy da się pogodzić. Tak - nie stąpam mocno po ziemi, nie zawsze reaguję szybko i zwinnie na komunikaty, nie dobieram słów precyzyjnie lub nie mieszczę się w szablon ale JESTEM. Istotą. Kobietą z całą swoją  kobiecością - jej dobrymi i ciemnymi stronami. Nie mogę i nie chcę za to zbierać cięgów. Bo na to nie zasługuję.

Moja miłość - mimo, że czasem inna niż w bajce o królewnie, trudna, samolubna i wymagająca jest szczera i prawdziwa, warta zachodu, cierpliwości i szacunku. Tak samo jak miłość, którą zostałam obdarowana - mimo, że czasem inna niż w bajce o królewiczu, trudna, samolubna i wymagająca.

Mam nadzieję, że jednak się przebudzę z tego złego snu. A kiedy to nastąpi ciągle będę tutaj, w miejscu, które znam, z osobami, które kocham ponad wszystko. Nie za następnymi drzwiami, w obcym świecie. 

wtorek, 06 sierpnia 2013
Niepotrzebne skreślić.

 

winna niewinna

mądra niemądra

zdrowa chora

potrzebna niepotrzebna

kochana niekochana

cicha głośna

w czwartym kącie cienia stoję

piątym kołem u wozu będąc

niewidoczna

jakaś ja.

 

21:45, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lipca 2013
Pełny sprzeczności i chaosu protest song :)

Hmm.

Kiedy pewnego słonecznego dnia, spokojna do tej pory, woda mojej naiwnej wiary w to, że ludzie biorą mnie taką jaką jestem, niespodziewanie przekształciła się w wir wciągający mnie pod powierzchnię przekonałam się, że wbrew temu co sądziłam - nie zgrałam się ze światem.

Niektórzy powiedzą, że na własne życzenie bo zbyt emocjonalnie podchodzę do wielu spraw - możliwe ale taka właśnie jestem. Jestem ulepiona z kolorowych uczuć - od ognistej czerwieni miłości, poprzez pomarańczowe ciepło i żółtą potrzebę zaopiekowania się innymi, poprzez błękitną radość, granatowy strach i bezradność, po stalową złość, wstyd i niemoc. Nie wstydzę się tego, ze (coraz rzadziej ale jednak ciągle) bywam zagubiona i wystraszona, czasem zbyt spięta, nieprzystosowana, zbyt wolno reagująca na słowa. Nie jest moim wstydem to, że większą część życia postrzegam przez pryzmat uczuć, że czasem nie bawią mnie rozmowy o niczym przy kolejnym drinku, że lubię zatracić się w sobie, nie odzywać się i kontemplować świat. Tak po prostu mam, że bywam autystyczna ale to nie znaczy, ze zapadam się tam na zawsze, ze nie wracam, że nie jestem wesoła czy radosna lub co gorsza - nadąsana lub z pretensją do wszystkich. Czemu na każdym kroku muszę udowadniać, że ekstrawertyczny introwertyk to nie jest coś dziwnego? a z drugiej strony właściwie po co mam o to walczyć? Czy na pewno potrzebuję być akceptowana przez całą populację - skoro przecież wiadomo, że tak się nie da? czy na pewno potrzebuję istnieć w świecie pozornych znajomości? Właściwie nie. Dlaczego więc czasem doskwiera mi niewygodne uczucie, że bardziej niż inni w najzwyklejszej codzienności czuję potrzebę poszukiwania i doświadczania cudodzienności, co czyni mnie nieprzystosowaną? Przecież nie wiem co myślą inni, może też tego potrzebują tylko o tym nie mówią? Jeśli tak jest to może powinnam milczeć albo nie oczekiwać czegokolwiek i tak naprawdę skazać się na powolną śmierć emocjonalną i totalne wyjałowienie?

Ostatni czas doświadczył mnie bardzo. Uwierzyłam, wpadałam po uszy, zatraciłam się, starym zwyczajem zbyt szerokimi ramionami ogarnąć świat chciałam. Jednak niebo przytłoczyło, lekkie chmury poddusiły, zniechęcona i zagubiona stanęłam przed sobą. Nad krawędzią, na włosku zawieszona uznałam, że dla własnego dobra powinnam bardziej chronić swoją siebie. Panią Szalo. Jedni Ją znają, doceniają i kochają. Dla innych jest ciekawym zjawiskiem, które szanują i akceptują ale dla niektórych jest dziwolągiem z obwoźnego cyrku, który należy wyśmiać i czasem, niestety wyszydzić. Na to muszę się uodpornić, bo nie  zamierzam przywdziewać maski i udawać kogoś kim nie jestem. Nie chce uciekać w zakamarki do których nie dociera światło słoneczne. Zdecydowanie jednak muszę być ostrożniejsza, bardziej czujna. 

Wierzę i będę wierzyć w to, że miłość jest siłą, która napędza wszystko, która jest bazą, tworzy ludzi i świat. Że mimo upływu czasu nie musi tracić na sile, powszednieć, gnuśnieć. Ciągle wierzę i mam nadzieję. Kocham całym sercem.

Kilka nocy temu przyśnił mi się sen o zielonych hortensjach, pełen kolorów i powietrza, piór rajskich ptaków, błękitu wody i limonkowych motyli. Sen jak mówi Zielonooka - proroczy. Tak. To mój powrót do świata za którym bardzo tęskniłam, a który zaniedbałam. Świat, któremu jestem winna wielką wdzięczność. Nawet jeśli będę musiała zapłacić za to banicją na krańce świata rzeczywistego, siłę do życia da mi to, że nie okłamuję siebie.

Refleksja smutna ale inspirująca.

:)

12:16, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lipca 2013
Kropli.

skóra dłoni

wyschnięta

drapie

policzki zapomniane

rysując

bazgroły otępienia

 

ciało opuszczone

obolałe

korytami

wyschniętych namiętności

błądzi

 

spragnione

usta nabrzmiałe

pierzchną

od palącego

lodu pogardy

pękają boleśnie

 

rozdarte

tęsknotą

piekącą

 

 

wtorek, 02 lipca 2013
Świt.

Dziewczynka leżała wpatrzona w przezroczyste niebo. Jasny, letni świt nie ogarnął jej ramieniem, więc skuliła się w sobie szukając ciepła jakiegokolwiek. 

Nie chcę znowu biec, nie chce uciekać. Chcę zostać tu... Nie znam więcej dróg. Może ja nie mam swojego miejsca?

Kot zauważył ją kiedy stała pod niepotrzebnym nikomu przychylonym niebem. W krótkiej czarnej sukience, z sercem na dłoni. Pokonana.

piątek, 24 maja 2013
Plusy i minusy ;)

no jestem, jestem :))

tak się wkręciłam w rolę perfekcyjnej pani domu, że prawie zapomniałam o bożym świecie :) Nie spodziewałam się, że aż tyle radości i spełnienia będzie dawało mi pełnienie roli pani domu na pełen etat. Właściwie spełniło się jedno z moich marzeń - naprawdę lubię TU być, zajmować się domem i Rodziną od śniadania do kolacji. Najbardziej szczęśliwa jest Niebieska (choć MiLord również wydaje się być zadowolony ;)). Bosko jest móc ją prowadzić do szkoły tuż przed lekcjami, odbierać ze szkoły zaraz po ich zakończeniu. Chodzić razem na targ po warzywa, owoce, słuchać jej paplania o niczym i wywodów o życiu, uczestniczyć w każdym jej dniu. Jej stwierdzenie "chciałabym być tak udomowiona na zawsze" bardzo mnie wzruszyło... Bezcenny czas z którego okrada mnie korpo. Gdybym tylko mogła, a nie musiała.... Jak sobie pomyślę, że niedługo znowu będzie wstawać razem ze mną i biec do świetlicy na 7.30.... ;(((

tak czy inaczej wszyscy zyskujemy na tym, że jestem w domu i cieszymy się tym póki czas, bo rekonwalescencja powoli dobiega końca... Bilans jest jasny :)

co zyskałam: czas z Niebieską, spokój, satysfakcję, odstresowanie, przyjemność z robienia zakupów na osiedlowym targu ;) poczucie spełnienia i wielką radość :)

co straciłam: nic, poza wypłatą wynagrodzenia w pełnej wysokości ;)))

 

14:09, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 kwietnia 2013
mniam :)

Ach...... Pierwsza zjedzona świeża truskawka w tym roku. Zagraniczna co prawda i średnio smakująca "naszymi" pychotkami ale co tam :) Wrażenie lata - bezcenne :) zwłaszcza, że kolejny dzień od rana świeci słońce, jest ciepełko i niebieściutkie niebo  - ach ... jak przyjemnie :) w taki dzień to można góry przenosić :)

Jestem zadowolona, rekonwalescencja przebiega sprawnie, za chwilę rozpoczynam rehabilitację, już dziś pierwszy, delikatny, wysiłek na rozgrzewkę :) dłuższy spacer na cześć wiosny, cześć lata, z determinacją, celem w oddali, w nadziei na lepszy wygląd w kostiumie kąpielowym ;) hahahhahaha żarcik, żarcik - nie jest źle, ostatecznie nie zasępiam się patrząc w lustro ;) ale przecież zawsze może być lepiej :D 

Jeśli komuś smutno i źle - głowa do góry :)  ZIMA WRESZCIE POSZŁA :)

08:57, paniszalo
Link Komentarze (2) »
środa, 10 kwietnia 2013
Na czczo.

Wszystkimi siłami próbowałam zgromadzić w zasypiającej świadomości jak najwięcej obrazów, wspomnień, myśli, smaków. Nie wiem, czy po to, by je zabrać ze sobą jako ewentualny bagaż w podróż czy raczej dla otuchy, na wszelki wypadek - by mnie ochroniły, ocaliły przed wpadnięciem w nieznaną otchłań i wyciągnęły stamtąd, gdybym zgubiła drogę powrotną. Trochę jak Niebieska, która kiedy zasypia po raz pierwszy w nieznanym miejscu zagarnia wszystkie dostępne pluszaki do siebie. Łapałam więc wszystko co miałam pod bezwładną ręką, nieruchomymi ustami wypowiadając bezgłośnie słowa jakiejś modlitwy.

Ciemność i cisza.

Ciężkie powieki raz po raz odsłaniały wracającą rzeczywistość, przebłyski światła, niewyraźne twarze, regularnie mierzące życie dyskretne odgłosy. Biały sufit, chłodna pościel, ukochane dłonie, ciepły głos. Powolny powrót do świata.

Jestem więc z powrotem. Szczęśliwie ruszam wszystkimi kończynami, goi się na mnie jak na przysłowiowym psie. Pobyt w szpitalu był bardzo trudnym doświadczeniem. Nawet nie ze względu na mój stan, bo przy tym co zobaczyłam tam to jam zwykły pikuś. Ludzie na krawędzi życia, bez sił na cokolwiek. Inni żyjący z bombą zegarową w głowie, tak naprawdę bez jasnego planu co dalej, bo nie wiadomo czy i kiedy wybuchnie. Często ludzie cerujący nadzieję miłością Najbliższych....

Dla mnie - lekcja pokory na czczo.

10:49, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013
Wskazówka

z obudzonym

bezszelestnie

strachem

w chowanego

gram zmuszona

pomiędzy

pikselami obrazu

zamkniętego

 

obłędowi uciekam

na glinianych nogach

kolosa spokoju

biegnąc

wśród luster

myśli krzywych

 

szorstką materią

ciuciubabce

głupoty

oczy ślepe 

zasłaniam

 

w kozi róg

bladość policzków

zapędzam

bez prędkości

światła wierząc

w rzeczywistą

mnie

 

wśród

miliona kresek

kolorów ciepłych

ukrytą

dla Ciebie.

 

wtorek, 26 marca 2013
Przychodzi baba do lekarza.

Wzięłam i utknęłam. Nie znoszę tego stanu. Zwłaszcza jak nie do końca wiem w czym tkwię po same uszy, jak długo to potrwa i czy skóra będzie warta wyprawki. Tak czy inaczej, prędzej czy później sprawa się wyjaśni. A jak się wyjaśni to Wam napiszę.

Teraz mam w sumie inne sprawy na głowie. Biegam od NFZ do NFZ w celu uzyskania świska papieru, który nawiasem mówiąc już mam. Po co więc biegam tam i z powrotem, zapytają dociekliwi. Nie dlatego, że lubię. Bo nie lubię. Biegam tam gdyż jak się okazuje, papier wydany przez lekarza rodzinnego  z centrum medycznego EM w sprawie o kryptonimie C5-C6-C7 się nie liczy. Bo prywatny. No i latałam jak ta lala świńskim truchtem tam i z powrotem od soboty - w sumie to przez własną głupotę, bo przecież powinnam pamiętać, że przychodnie rejonowe NFZ działają od poniedziałku do piątku. Li i jedynie.

Ale dzisiaj szczęśliwy dzień nastał! Bez uszczerbku na czasie cennym dla fabryki, podczas trzeciej wizyty w przychodni, po pobraniu numerka, po uaktualnieniu deklaracji wyboru, wskazaniu osoby do kontaktu i odbioru dokumentacji medycznej na wypadek mojej śmierci (!), z wydatną pomocą Pani Recepcjonistki (sorry Rejestranistki) udało mi się umówić na wizytę do lekarza POZ.

Muszę przyznać, że NFZ kroczy z duchem czasu. Pani Rejestranistka zaproponowała mi skorzystanie z centrum telefonicznego, dzięki któremu w przyszłości będę mogła umówić się na wizytę, otrzymałam login i hasło do rejestracji on line! ale pod warunkiem, że numerki jeszcze będą ;))) bo trzeba Wam wiedzieć, że rejestracja analogowa na dzień bieżący odbywa się od 7.30 do 8.00, a on line i telefoniczna od 8.00 do 18.00 ;))) Wziąć pod uwagę należy, że do lekarza, który dajmy na to we środy pracuje do 19.00, umówić się po bożemu nie da dydy. Gdyż ostatnia godzina - jak mi powiedziała Pani Rejestranistka - jest na "recepty". To znaczy  dla osób, które zarezerwują wizytę odpowiednio wcześniej, a następnie przyjdą na nią w umówionym terminie nie na konsultację ale po odbiór rzeczonej recepty... ekhm. To w sumie po co rejestracja czynna do 19.30?

Pewnie jest jakaś metoda w tym szaleństwie. A o tym, czy skuteczna przekonam się w piątek. No i muszę zabrać RMUA, bo EWUŚ zawodzi. Jakby było do przewidzenia, w końcu już jedna taka była, co sprawę spaparała. Ewuś.

;)

Śmichy chichy jednak trochę się denerwuję. Tym czwartym czwartym dwa tysiące trzynastego.

21:54, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 marca 2013
Jam jest ;)

Witam Państwa bardzo serdecznie! No.Wróciłam do żywych. Noł, noł, noł - nic złego się nie stało, jeno robota taka, a nie inna. Niby najkrótszy miesiąc w roku a jednak wydaje się jakby był najdłuższym. Grrr.... Szczęśliwie wytchnieniem mym  Rodzina, gdzie Niebieska, MiLord i Kot rozmiauczany bluesem :)

Generalnie byłabym tu już wcześniej, jednak zanim usiadłam na tyłku, zebrałam myśli i zaczęłam pisać ..... musiałam się ogarnąć, doprowadzić do porządku, odnieść książki do biblioteki, wybrać kolejne, odgruzować dom ..... i jak raz minęło kolejne kilkanaście dni. Również dopiero dziś udało mi się nadrobić zaległości blogowe na ulubionych adresach. Ostatni tekst Ojca wzruszył mnie do łez :)

Czekam z niecierpliwością na najbliższy weekend, który zapowiada się pysznie - najpierw urodzinowa kolacja w przyjemnym miejscu, potem koncert Strachów, które ostatnio o kotach z Mokotowa. Bardzo się cieszę i z wielką przyjemnością koncert obejrzę jednak muszę przyznać, ze ostatnia płyta - jak to dzisiejsza młodzież powiada - tyłka mi nie urwała. Niestety. No ale co tam. Jest tyle innych ich kawałków, którymi mogę się rozkoszować :).

..... a za tydzień.... już święta :) Boże Narodzenie jest cudowne ale Wielkanoc ma w sobie tyle świeżości.... Do tej pory rok w rok, spędzałam święta w domu Babci, przy stole na którym kopa jaj i pachnąca, świeżo zaparzona kawa w porcelanowym dzbanku. W tym roku spędzimy święta w nowym miejscu, gdzieś nad jeziorami, jestem podekscytowana :)

A po świętach z kolei czeka mnie rzecz z gatunku nieprzyjemnych konieczności. Epizod walizkowy, w którym udział mimowolnie wzięłam, ma swój ciąg dalszy. Strach jest, nie powiem, gdyż odległość do rdzenia kręgowego jest zbyt mała, żeby go nie było ale.... wierzę, że nikomu nie zadrży ręka, kiedy będzie mi zaglądał do szyi.

Ach i prawie bym zapomniała, że od dziś mamy wiosnę, tę wytęsknioną, wyczekaną, napawającą optymizmem.... tylko dlaczego ciągle śnieg?....  Może jutro już go nie będzie? :))

dobrej, pierwszej wiosennej nocy :)

23:39, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lutego 2013
L&F :) # 3


Moi Kochani :)
Zapraszam Was do obejrzenia (absolutnie cudne, przepiękne, wysmakowane
zdjęcia) oraz poczytania  najnowszego numeru Lost&Found, w którym mam
zaszczyt gościć (dział prozy i poezji). 
 
http://issuu.com/lostandfoundmegazine/docs/2013_03_lostandfound_megazine_pl



http://www.facebook.com/LostandFoundmegazine?fref=ts

13:27, paniszalo
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 stycznia 2013
Smakując na krawędzi stołu.

znad kruchego ciastka

patrzę

prosto

na dnie lustra

bladego talerzyka

widzę w oczach nic

więcej oprócz braku mnie

 

w lukrze wspomnień

chwil pierwszych

tonę

rozklejam palce lepkie

w splątane włosy

wczepiam

 

ramionami

w kielich złożonymi

otulam siebie

sobą

ręce do modlitwy

za plecami składam

 

w alchemii

złota

szukam

równowagi smaków

dotykam Ciebie z daleka

w gorzkim strachu

kąpiąc słodkawą tęsknotę.

 

 

 

piątek, 25 stycznia 2013
to taka zabawa :D

Dziś.

Piątek.

Zmęczenie.

Odpoczynek.

Permanentny niedoczas.

Tykanie zegara.

Bomba.

Kalorie.

Słodki deser.

Tiramisu.

Kocie języczki.

Palec boży.

Kuba Bogu.

Jamajskie słońce.

Wypalona dziura.

Kryzys egzystencjalny.

Niemoc twórcza.

Zamrożone słowa.

Lodówka.

Żywiec.

Zdrój.

 

;)

21:52, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2013
Niebieska królewska.... czyli....

 

... matczyne rozterki Pani Szalo.

No kurza... motyla noga... psia skrętka. Czy to już? .... hmm... Niebieska zaczyna zachowywać się tak jak chce. Znaczy - żeby była jasność - nie jest ograniczana w swoich poczynaniach - dopóki są zgodne z ogólnie przyjętymi zasadami panującymi w naszym domu jak również standardami wychowania dziecka na człowieka.

To co zapamiętałam w kwestii kindersztuby z mojego rodzinnego domu to jasne zasady i konsekwentne ich egzekwowanie. w dobrym tego słowa znaczeniu. Moi Rodzice stanowią dla mnie absolutny przykład, bo nieskromnie stwierdzając i moja siostra i ja wyrosłyśmy na ludzi ;)

Pamiętam (o czym już chyba pisałam) jak będąc w ciąży obawiałam się trudu wychowania. Jak się okazało obawy były jakby na wyrost. Do czasu szło mi całkiem nieźle jednakowoż... Ostatnio Niebieska zaczęła pyskować i strzelać fochy. Do tej pory - w celu pionizacji wystarczyła rozmowa dyscyplinująca po czym następował spokój, a postępy szybko były widoczne. Jednak wydarzenia ostatnich dni doprowadziły do wymierzenia Niebieskiej kary: zakaz oglądania kucyków (my little pony) do końca tygodnia (po mojemu tygodnia roboczego). Zanim Niebieska postanowiła "wyprowadzić się do taty", głośno rozważała temat pt: "po co jest mama" by ostatecznie stwierdzić, że "mamę sobie zmieni". Całość dopełnił wyniosły foch: "nie dam ci buzi na pożegnanie".

ekhm. jakby to powiedzieć - to JA czuję się ukarana. Trudno mi sobie poradzić z zachowaniem Niebieskiej, kiedy jest nieznośna, a jeszcze trudniej z konsekwencjami, które naturalnie powinna ponieść, żeby wyciągnąć wnioski. Wieczorem, podczas rozmowy telefonicznej przeporosiła zadając jednocześnie pytania dlaczego została ukarana. Hmm... wydawało mi się to jasne - razem z Milordem wytłumaczyliśmy jej dlaczego - bo: byłaś niegrzeczna, nieuprzejma, brzydko się do nas odzywałaś itp. powtórzyłam to raz jeszcze na co Niebieska: "przecież to wy zaczęliście".

Teraz czuję się głupio. Niebieska dziś u ojca swego osobistego, MiLord poza domem a ja w ciszy kminię i zagłuszam wyrzuty sumienia. Może źle oceniłam sytuację w konsekwencji czego niesprawiedliwie wymierzyłam i w dodatku wykonałam karę na niewinnym dziecku? Skąd we mnie to niewygodne poczucie, że byłam zbyt surowa, mimo że obiektywnie kara była adekwatna do przewinienia? czy to możliwe, żeby Niebieska nie zakumała na czym polega mechanizm ponoszenia konsekwencji za złe zachowanie, kiedy doskonale rozumie odwrotność? Dlaczego sądzę, że Niebieska akurat to zdarzenie zapamięta na całe życie i w wieku lat trzydziestu pięciu wygarnie mi to bez skrupułów? czy i jaki wpływ na zachowanie Niebieskiej ma moja decyzja związana  z poprzednim życiem oraz rozwojem naszego nowego świata? jak bardzo na Niebieską wpływa szkoła? Czy jestem w stanie to ogarnąć zanim będzie za późno, zanim moja mała Dziewczynka zmieni się w jakąś niedobrą dziewuchę? a może ja przesadzam?

szczerze to mam hmm.... poczucie winy.Dlaczego i skąd...

?

hmmm...

22:52, paniszalo
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 stycznia 2013
Pani Szalo dnia powszedniego.

Siódmego dnia stycznia pada śnieg. Po bożemu jak to w zimie być powinno. Siódmego dnia stycznia AD 2013 nie dokonałam jeszcze podsumowania zeszłego roku.

I nie dokonam.HA!

Ani siódmego ani ósmego ani piętnastego ani żadnego innego dnia. Stycznia, lutego, marca co w garncu ani kwietnia co przeplata... Mogłabym oczywiście, materiał jest  - w zeszłym roku wydarzyło się naprawdę sporo. Tylko jak miałabym wyrysować kreski podsumowujące i odcinające? Pionowo, poziomo lub może po skosie bo czasem na i na krzywy ryj bywało? jak odczytać to co ponad, a co pod kreską? zaokrąglać do jednego w górę czy zostawić ułamki, z dwoma, a może trzema miejscami po przecinku? no i z którego dnia dane najbardziej wiarygodne? na dzień dzisiejszy, czy na wczoraj, czy na trzydziestego pierwszego grudnia?

Moje życie się toczy i tyle. Mój świat nie jest ani za duży ani za mały. Mam tylu Przyjaciół ilu mi potrzeba, jestem przyjacielem tylu osób ile mnie potrzebuje. Jestem dobrą choć czasem surową mamą. Każdego dnia staram się żyć najlepiej jak potrafię, lubię, szanuję i kocham. A że czasem za bardzo? hmm... tak już mam. Czasem płaczę, bywa, że cierpię, sama czasem ranię. Jednak rachunek sumienia robię regularnie, pokutuję za grzechy, czasem nie tylko swoje. Co akurat uważam za nadgorliwość. Jestem zadziorem, w kaszę nie dam sobie dmuchać. Jestem damą na salonach, kucharką w kuchni, kochanką w sypialni. Coś mnie kręci, a coś podnieca. Przeraża agresja i manipulacja, brak poczucia bezpieczeństwa zabija. Czytam dużo, ostatnio prosto z biblioteki. Myśl przewodnia ostatnich dni i przyjaciel myśli każdej minuty to dobra, silna, zdrowa determinacja. Znalazłam ją w słowie pisanym, w obrazie ruchomym, w mojej głowie i sercu. Czuję, jak przesypiając kolejną noc we śnie dojrzewam, dorastam, następnego dnia wiem więcej.Uważnie przyglądam się światu i sobie, wnioski staram się wdrażać w życie choć mniej uważni tego nie zauważają. Czasem dla innych wywracam się na drugą stronę czując, że pękam w szwach. Potem naprawiam rozdarte kawałki serca i myślę, że może trzeba było nie oczekiwać czułości? dziwna jestem czasem, to prawda. Mam studnię w który zapadam się raz po raz oczekując samotności. Ale co z tego? każdy ma swoje tajemnice :) a prawda jest taka, że albo się mnie kocha albo nie. Nie da się kochać mnie trochę.

ot, jednak udziergało się małe podumowanko ale  nie ma nic wspólnego z nowym rokiem.

Wczoraj we śnie umarłam. Czy to dobra wróżba?

:)

22:28, paniszalo
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 stycznia 2013

Słowa złe. Słowa, które ranią, bolą, wbijają się jak cierń. Dziewczynka słyszała takie słowa kiedyś w świecie poza ogrodem. Dotąd się ich nie obawiała ale od kiedy usłyszała złowrogie popiskiwania i wrzaski w konarach drzew okalający ogrodowy mur poczuła niepokój. Raz po raz spoglądała w niebo gdzie kłębiły się czarne chmary. Wdziała je z daleka - nie czuła niebezpieczeństwa, bo wierzyła w ochronną moc swoich kwiatów, poza tym ciągle były na zewnątrz, za murem. Czasami podlatywały bliżej ale wtedy Kot przepędzał je jednym machnięciem łapy. Od kilku dni krążyły jednak uparcie nad ogrodową furtką z taką zaciętością i coraz większą siłą, że pazury Kota, jego prychanie i ostre pazury były niewystarczające. Walczył jednak zajadle ale kiedy tętniący skrzekiem kłębowisko zamieniło się w twarde i zimne kule gradu na nic zdały się jego wysiłki. Słowa spadły kamieniami na serce Dziewczynki i odbiły się głucho na jego dnie. Dziewczynka upadła pod ich ciężarem. Nie mogła się podnieść. Pomocy szukała we własnej głowie pamiętając, ze istnieje panaceum. Nie odnalazła właściwej przeciwwagi a na dodatek nieposłuszne myśli zamiast walczyć poddawały się skrzeczącym szeptom potworów, które chichocząc szeptały jej prosto do ucha: Głupia byłaś Dziewczynko jeśli sądziłaś, że wystarczy kochać.

Nie ma mnie. Dziewczynka ostatni raz spojrzała na nakreślone na piachu słowa, a potem na pogodne, rozgwieżdżone niebo. Było ciepło i przytulnie. Nie było nawet wiatru, który mógłby je zmieść i dać Dziewczynce nadzieję. Nie ma mnie Powtórzyła i zasnęła.

Kot znalazł ją rano. Była zimna. Nie ruszała się. Umarła?

Położył się w jej nogach i zamiauczał, a z jego zielonych oczu po raz pierwszy popłynęły łzy.

19:29, paniszalo
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 grudnia 2012
O tym co jest teraz.

Ach..

ten świąteczny przedczas.... już właściwie od pierwszego grudnia, kiedy to brałam udział w niezwykłym kobiecym wieczorze nazwanym roboczo "darciem pierza" - o czym przy okazji - czuję atmosferę pachnącą jodełką i piernikami.

Mimo, że poszłam spać grubo po północy - dziś obudziłam się bardzo spokojna, wyspana, pełna hmm... no właśnie czego?

Pełna melancholii puchatej - to chyba z powodu pachnącej, iskrzącej się choinki na której pomiędzy oliwkowymi i brązowymi bombkami wisi również amarantowy dzwoneczek - wspomnienie choinki z rodzinnego domu.

Pełna nadziei, miłości i wiary w to, że wszystko jest możliwe prosto ze źródła ciepłego snu blisko ukochanego Człowieka.

Pełna przyjemnej adrenalinki na samą myśl o tym ile przyjemnych rzeczy jest jeszcze do zrobienia przed i na - zanim zapachną smakowicie na wigilijnym stole.

hmmmm i jeszcze.... W moim sercu rozpycha sie też pokora, a w głowie lista przewinień i mocna chęć poprawy. Bo to wiadomo, ze człowiek chce dobrze, a wychodzi jak zawsze...

ogólnie jest mi bosko!

Życzę Wam, by wszystko co świąteczne, piękne i najlepsze zdarzało się każdego dnia! Wesołych Świąt!

ps.

przy okazji boskości:

na spotkaniu wigilijnym w szkole Niebieskiej. Po przedstawieniu dziewczynki odziane w stroje aniołków, chłopcy pod krawatem  w towarzystwie rodziców - siedzą przy małych, nakrytych białymi obrusami stoliczkach i zapamiętale spożywają słodycze. Przy Niebieskiej siedzi jej Kolega o którym słyszałam wiele. Dobrego. Mama Kolegi w moim kierunku przesyła wyrazy uznania dla anielskich skrzydeł, które wykonałam sposobem domowym z papieru i brokatu (Mama Kolegi: tyle o nich słyszałam, syn opowiadał jakie są piękne i jak Niebieska pięknie w nich wygląda). Pośród słów przyjemnych słyszymy jeszcze przyjemniejsze skierowane do Niebieskiej.

- Jesteś boska - mówi Kolega, a Niebieska płoni się uroczym rumieńcem

- ej! mi też mówiłeś, że jestem boska - słychać nagle z lewej strony z ust lekko zdenerwowanego aniołka ze skrzyżowanymi rękami i pewnym (dobrze znanym mężczyznom) KOBIECYM grymasem na twarzy.

- i mi też! - odzywa się kolejny blond aniołek.

na co Kolega rezolutnie:

- WSZYSTKIE JESTEŚCIE BOSKIE!!!

nawet mu powieka nie zadrżała ;)))))

07:49, paniszalo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 grudnia 2012
Zapisane jako szkic.

wtulona

w poduszkę z piór

szklanych

na ślepo

wypatruję

słońca

w środku nocy

czekam

utulenia

mocnych ramion

lekkich obyczajów

pragnę smaku

słodkiego zapomnienia

gorzkich koszmarów

zamiast

przezroczystej

siebie samej

szukam

żywej

nie palcem

po wodzie pisanej

by znaleźć

Ciebie całego

tylko dla mnie

bez złowrogiego

cienia

wątpliwości

spod ściany

płaczu



niedziela, 09 grudnia 2012
złudzenie

Głowa pękała jej z bólu, ciało miała zdrętwiałe, było jej zimno. Serce biło raz szybciej raz wolniej. Pod ciężkimi powiekami wciąż snuł się koszmar, w uszach  huczały  słowa, przez głowę jak czarne, złowrogie cienie przemykały niechciane obrazy. Dziewczynka trzęsła się, od gęstej śliny i gorzkiego smaku w ustach ogarniały ją mdłości. Nie mogła się połapać, nie wiedziała co się dzieje, gdzie jest, kim jest. Wszystko było czarne, nie mogła się poruszyć, krzyczała z całych sił, wkładając w to całą swoją energię jednak z jej ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Nikt nie mógł usłyszeć jej wołania o pomoc, choć wyła jak zranione zwierzę. Traciła siły. Była sama ze swoim strachem, niemocą, bezradnością, poczuciem ogromnej straty i wielkiej tęsknoty. Oczy miała szeroko otwarte, twarz szczypał coraz większy mróz, nie miała żadnego okrycia. Kuliła się najmocniej jak potrafiła, szukając ratunku i ciepła w samej sobie. Słabła z każdą chwilą. Nagle poczuła mocne ukłucie w piersi. Było tak silne, że aż zabrakło jej tchu. Odruchowo skrzyżowała ręce.

Ocalić serce, ocalić serce… Boże daj siły by ocalić serce – gorączkowo szeptała.

Ból szalał w jej ciele jak rozwścieczony lew. Wyrywał z wnętrza coraz większe kawały. Cierpienie wyciskało z oczu Dziewczynki ogromne łzy. Ciało ogarnęły konwulsje.

Boże spraw, żeby to był tylko zły sen... Jeśli trzeba ... wyśnię go do końca...  tylko pozwól bym się obudziła…  żeby znowu otulił mnie miękki, różowy świt ... – spierzchnięte usta Dziewczynki bezgłośnie szeptały modlitwę.

Wydawało jej się przez chwilę, że gwiazdy błysnęły mocniej.

Zamknęła oczy.

niedziela, 02 grudnia 2012
Drzemka.

Dziewczynka pochylała się nad wielkim, drewnianym kufrem i czegoś zawzięcie szukała. Była niespokojna, mamrotała coś pod nosem. Wyrzucane z kufra rzeczy rozpadały się na kawałki upadając z głuchym łoskotem lub hukiem na ziemię. Kot podszedł do niej zręcznie lawirując pomiędzy drobiazgami, które zaściełały już większą część wysypanego miałkim piachem placyku. Otarł się o nogi Dziewczynki, mruknął jak to miał w zwyczaju i popatrzył na swoją przyjaciółkę. Dziewczynka nawet na niego nie spojrzała. Za to Kot przyjrzał jej się uważnie. Jakaś taka malutka była. Chudziutka, bledziutka, smutna i płaczliwa. O.. nawet teraz .. hmm... chyba płacze. Jest zła? nie... wydaje się taka.... bezbronna, zagubiona i wystraszona. Usiadł w bezpiecznej odległości i dalej przypatrywał się jak Dziewczynka, coraz bardziej bezradna szuka czegoś na dnie skrzyni, prawie do niej wpadając. Słyszał coraz głośniejszy szloch. Nagle nastała cisza.

Kot zaniepokoił się. Dziewczynki nie było. Bezszelestnie obszedł skrzynię zgrabnie omijając leżące wokół niej przedmioty. Wskoczył na podartą książkę, potem wyżej na stertę zagryzmolonych kartek - o - zdecydowanie więcej widział. Ale Dziewczynka jakby zapadła się pod ziemię. Wskoczył jeszcze wyżej - na szczęście piramida miękkich materiałów i wstążeczek nie zapadła się pod jego ciężarem. Kiedy Dziewczynka zdążyła nazbierać tyle rzeczy? - z niedowierzaniem spoglądał na porzucone skarby. Spojrzał raz jeszcze na placyk, potem na głęboką skrzynię. Wyciągnął szyję, chciał zobaczyć więcej, bo wydawało mu się, że.... Przeszedł kawałek dalej po miękkiej górze. Teraz widział wyraźnie. W środku, na ciemnym drewnianym dnie leżała skulona Dziewczynka.  Była taka maleńka. Zwinięta w kłębek, przykryta ciepłym kocem. Prawie jej nie było widać. Kot wskoczył do środka, podszedł do Dziewczynki. Spała. Najwyraźniej znalazła to czego szukała - odetchnął z ulgą.Leciutko się uśmiechała mimo, że na policzkach widział ścieżki po których jeszcze przed chwilą płynęły srebrne łzy.

Położył się jak najbliżej Dziewczynki, cichutko, najostrożniej, żeby jej nie obudzić. Zobaczył, że Dziewczynka ma w ręce maleńkie przezroczyste serduszko - jej amulet. Symbol miłości bezwarunkowej. Najbliższej. Najdroższej.  Śnij spokojnie Dziewczynko, wymruczał jej do ucha. Wiedział, że obudzi się z tego snu odrodzona, silniejsza, pełna wiary i nadziei. I znowu będzie chciała się przytulić i usłyszeć, ze jest kochana, ważna, jedyna. I będzie dobrze wiedziała kim jest. Przede wszystkim dla siebie samej.

Sen Cię uleczy Dziewczynko, mruknął na koniec i przytulając się do ciepłej ręki Dziewczynki zasnął.

poniedziałek, 26 listopada 2012
Trzy do trzech

Gdzie są te wszystkie dni, które były pomiędzy ostatnim wpisem, a dzisiejszym??? Ratunku! Już prawie koniec roku…. Kolejnego. Dobrze przynajmniej, że rutynę dnia codziennego ubarwiają mi książki i filmy. Ach… pod tym względem – ostatnie dni były bardzo bogate :)

Na przestrzeni mniej więcej czternastu dni przeczytałam trzy książki i obejrzałam w kinie trzy filmy. Dziwnym trafem wszystko ułożyło mi się w pary. Oczywiście odpowiednio punktowane ;)

Trzecie miejsce zajmują

Film: „Hotel Transylwania”

Książka: „Pięćdziesiąt twarzy Greya”

Co je łączy?  Niezbyt wysokie loty ale warto przeczytać/obejrzeć, by wiedzieć o czym z takim przejęciem ludzie gadają ;)

O ile film jest naprawdę zabawną opowieścią z gatunku kina familijnego, na które może udać się rodzina i przyjemnie ubawić -  tak twarze Greya… hmmm… no cóż…. przyznaję – nie sięgnęłabym po tę – ekhm – pozycję - na półkę w sklepie i nie nabyła dobrowolnie w drodze kupna.  Ponieważ JEDNAK uległam presji społeczeństwa, powszechnemu odurzeniu wersami tejże historii, opowieściami przekazywanymi przez czytelniczki z wypiekami na twarzy - pożyczyłam, przeczytałam. Żeby przynajmniej mieć wiedzę na temat tego wielkiego halo i głos w dyskusji na temat - gdybym przypadkiem w taką się wdała. a więc .... Eeeeeyyyyyeeee…… 

Pierwsze strony czytałam rzeczywiście w pewnym napięciu ale jak teraz myślę – wywołanym oczekiwaniem na obiecanki, bo przecież jak wieść internetowa niesie twarze Greya to „hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć..”  Doczekałam się. Pikantnie owszem ale kompletnie bez polotu i raczej niewiarygodnie. Kiedy po raz sto pięćdziesiąty zostało użyte stwierdzenie „sardoniczny śmiech”,  bohaterka po raz kolejny  rozpadała się na kawałki pod wpływem ekstazy w międzyczasie przywołując nader często i nadaremnie imię świetego Barnaby… ech…. Po przeczytaniu tej książki mam mieszane uczucia. Bo wciąga  faktycznie (choć z uzależnieniem bym nie przesadzała) ale jak na mój gust (jak przynajmniej wyobrażam sobie tego rodzaju powieść) za mało w niej wyrafinowania,  niedopowiedzeń, pola dla wyobraźni - zbyt ubogie słownictwo, zbyt duża dosłowność, bardzo naiwna historia. Ale przebłyski poczucia humoru są :)

Miejsce drugie:

Film: Mój rower

Książka: Kiedyś byłam księżną.

Co je łączy? surowość przekazu, mocni bohaterowie, chowanie się po kątach, poszukiwanie własnej tożsamości i swojego miejsca na świecie. Albo wręcz swojego świata.

Film – szeroko reklamowany i komentowany – dla mnie świetny, wzruszający, prawdziwy. Bardzo dobrze zbudowane postaci, świetni odtwórcy głównych ról – Michał Urbaniak – cud miód malina. Prosta historia, opowiedziana bez nadęcia, ze spokojem, obiektywna. Taka która może się zdarzyć. Świetny klimat filmu – mimo, że akcja dzieje się „po prostu” miałam wrażenie jakbym oglądała swojego rodzaju paradokument. Bardzo polecam, również z powodu genialnej muzyki i świetnych, przejrzystych zdjęć. Takich w których dużo powietrza, jasności, przestrzeni.

Książka – jedna z bardziej wstrząsających jakie znam – opowiadająca historie, która się wydarzyła. Z jednej strony opowieść o świecie jak z bajki, z drugiej koszmar wpadania w kolejne pułapki. Najpierw z ciekawością obserwujemy egzotyczne obrzędy, zwyczaje, z czasem jednak – tak jak bohaterka chcemy z tego świata uciec jak najdalej. Książka niezwykle poruszająca.

Pierwsze miejsce – tadam!

Film: Anna Karenina

Książka: Śladem czarnowłosej dziewczyny.

Co je łączy: Miękkość obrazów malowanych słowami. Niezwykły urok.

Książka wpadła mi w ręce przypadkiem – wybrałam ją losowo podczas mojej pierwszej wizyty w bibliotece, do której się zapisałam :)  Książka Aleksandra Tismy, napisana zanim się urodziłam.  Teraz myślę, że gdybym ja przeczytała jako jedyną  byłaby po prostu dobra książka, jednak po Pięćdziesięciu twarzach Greya była również balsamem dla mojej duszy – tęskniłam do pięknych, budujących historię opisów, wyważonych słów, okrągłych, mięsistych zdań. Kwieciste opisy, szczegółowe ale nie nachalne. Autor miękko wprowadza w duszną rzeczywistość bohaterów, zgrabnie opisuje ich emocje. Historia właśnie przez to stała się mi bliska, pobudzała moją wyobraźnie. Chciałabym by był dalszy ciąg, ciekawa jestem co by się stało gdyby...

A Anna Karenina? Ach…. Na ten temat rozpisywać się nie będę – bo jaki koń każdy widzi. Uwielbiam filmy historyczne, kostiumowe a to klasyczna opowieść zamknięta w niesamowitej konwencji filmu (nie będę zdradzała na czym dokładnie polega – bo to jedne z jego uroków). Piękne tła, piękni ludzie, piękna muzyka, piekne zdjęcia, piękne stroje. Całość zachwycająca i naprawdę warta obejrzenia.

no ale wiadomo - każdemu według potrzeb :) 

ja mam w tej chwili poczucie sytości, chwilowo został zaspokojony mój apetyt na nowości, mam poczucie przyjemnego dopieszczenia duszy. To był mój subiektywny ranking.

I to by było na tyle w związku z moimi ostatnimi przeżyciami książkowo-filmowymi :)



16:45, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13