RSS
środa, 14 listopada 2012
Retrospekcja.

Zwykle robię to sama ale dzisiaj postanawiam pójść na całość. Skoro wybieram się sama na huczną imprezę urodzinową gdzie będzie gościło kilkadziesiąt osób, spośród których znam tylko jubilata i jego narzeczoną – w ramach dodania sobie odwagi, a przy okazji nakręcić się imprezowo i – co tu dużo mówić – sprawić sobie przyjemność - postanawiam skorzystać z usług profesjonalistów.

Najpierw paznokcie. Siedzę na wygodnym jasnym fotelu, specjalistka piłuje, wycina, poleruje, ja w międzyczasie popijam kawę (swoją droga co to za pomysł, żeby podawać kawę w filiżance z maleńkim uszkiem osobie, która ma malowane paznokcie? Może tak szklanka albo cos ze słomka by się nadało?  ;))) Manicurzystka, przy okazji rozmowy o najnowszych trendach zachwala jakiś super hiper szałowy manicure, który według zapewnienia trzyma się na paznokciach bez najmniejszej rysy przez ok. trzy tygodnie. Nie decyduję się jednak na najnowszy krzyk paznokciowej mody. Zresztą wszelkiego typu tipsy, akryle i inne cuda zawsze były mi obce, a to co proponuje pani jest czymś podobnym. Nie, nie, nie. Chcę normalny, klasyczny i już. No to w takim razie zabawimy się kolorami – proponuje pani. Skoro to impreza, to czemu nie. Kiedy moje paznokcie lśnią najmodniejszymi kolorami przesiadam się na inny fotel. Fryzjerka prostuje moje włosy. Lubię kiedy są takie gładkie i znacznie dłuższe niż wtedy kiedy skręcają się w niesforne loki.

Po dwóch godzinach zabiegów zadowolona z efektu końcowego wesoła wracam do domu. Wyciągam z lodówki małego redsa i spoglądam na zegarek – pora się za siebie zabrać. Starannie robię makijaż dbając o każdy szczegół. Ubieram się w przygotowane ciuchy, zakładam buty na wysokich obcasach. Spojrzenie w lustro – jest ok. wyglądam dobrze.

Czasu coraz mniej. Zamawiam taksówkę. Będzie za dwadzieścia minut.

Jednak coś nie daje mi spokoju. Spoglądam  w lustro raz jeszcze. I dzieje się coś przedziwnego. Czuję się dziwnie, nie podoba mi się. Jakbym patrzyła na obca osobę. Ciekawe czemu, przecież zestaw odzieżowy miałam przemyślany, jeszcze pięć minut temu wszystko było w porządku. A teraz? Jestem przebrana za niunię w obcasach! Zupełnie to do mnie nie pasuje.

Został kwadrans. W sekundę podejmuję decyzję: zakładam dżinsy, czarną bluzkę z odkrytymi plecami i balerinki. Kolczyki, torebka, płaszcz. O! i to jest to.  

Jadę z panem taksówkarzem, który najwyraźniej nie zna topografii miasta , a jego GPS jest przestarzały. Krążymy ponad godzinę zanim spóźniona i nieźle wkurzona zostaje dowieziona na miejsce. Odmawiam zapłaty trzykrotnie wyższej kwoty za kurs. Wysiadam. Wchodzę w tłum ludzi, których nie znam, odnajduję jubilata, wręczam prezent i udaję się do baru. Wkrótce zauważam znajomą twarz – uff już mi lżej. Przynajmniej będzie z kim porozmawiać. Szybko wkręcam się w towarzystwo.  I kiedy tak sobie wesoło spędzam czas, przestaje się czuć niekomfortowo.  Czuję się swobodnie i po swojemu. Nawet atrakcyjnie dość ;)

Mimo, że moje towarzystwo powoli się zbiera ja - wbrew wcześniejszym założeniom postanawiam zostać chwilę dłużej niż planowałam. No i właśnie wtedy….. :)

Do dziś cieszę się z tego, że w ostatniej chwili zrezygnowałam z roli Kopciuszka uciekającego z balu przed północą ;)))

Siedem miesięcy temu moje życie zmieniło się diametralnie :))))

:****



15:17, paniszalo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 listopada 2012
ZRęcznie zrobione :)

Odkąd MiLord sprezentował mi przepiękną maszynę do szycia (spełniając tym samym jedno z największych moich marzeń) - moje horyzonty znacznie się poszerzyły, a artystyczne duchy się rozszalały :) Całkowicie pochłonął mnie świat kolorów, tkanin, mulin, wstążek, koronek i filców. Uzupełnia się mój kolorowy patchwork kredek, pasteli, ołówków, pisaków, obrazków, broszek i innych drobiazgów :) Już mam milion pomysłów, co zrobię z kolorowych gałganków, jak wykorzystam skrawki materiałów i całą tęczę miękkich motków, które znalazłam w skarbcu Zielonookiej.

Wspaniale jest móc tworzyć i sprawiać innym przyjemność. Jestem przeszczęśliwa!

więcej na stronie obrazkowej :)

Zapraszam :))))

Szalo

21:16, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2012
I ja lubię też :)))

 

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

Dziękuję  Ojcze :)) Gdyby nie zasady nominowałabym również Ciebie - i to nie byłaby kurtuazja :)))

To sympatyczne wyróżnienie dzielę dalej pomiędzy:

Sto kolorów kuchni - najfajniejsze przepisy w których dużo, dużo serca Wspaniałej Kobiety :)

Stula blog - niewidzialna kobieca nić, nieprawdopodobne porozumienie, moje anielskie skrzydła :)

DonPepego - najbardziej zakręcony blog książkowo-muzyczno-życiowy człowieka o milionie twarzy :)

Paranoidandroid - piękne, klimatyczne, sentymentalne zdjęcia :)

Malachitowa -  miękkie spojrzenie na świat

:)))

Nie mam pojęcia ilu macie obserwatorów ale ja lubię Was najbardziej :)))

 

Zanim zadam swoje - odpowiedzi na pytania wyżej wspomnianego Ojca :)

1. Co słychać?

Szelest kartek kolorowych magazynów wytwarzany przez Niebieską w celu wykonania konkursowego kolażu na temat ulubionego misia.

2. Co zrobisz z potrzebą blogowania, gdy zlikwidują internet?

Będę pisać pamiętnik, który zostanie odnaleziony w Saragossie ;)

3. Czym się w życiu kierujesz?

Intuicją.

4. Czy rodzice oddali cię do przedszkola?

Oddać to może nie ale prowadzali tam regularnie ;))

5. Co sądzisz o nowej maturze?

cieszę się, że mnie nie dotyczy :)

6. W którym roku zaczął się XXI wiek?

czuję, że to podchwytliwe pytanie :)

7. Czy jesteś dla kogoś autorytetem?

wierzę, że dla Niebieskiej

8. Bez czego nie wyjdziesz domu?

bez siebie :)

9. Twoja największa porażka blogera?

a co to jest porażka? ;))

10. Twój największy sukces blogera?

Realne przyjaźnie, które zawarłam z niektórymi Autorami wirtualnych pamiętników :)

11. O której godzinie piszesz te odpowiedzi?

19.09 :)

 

ok a teraz moje pytania do wyżej wymienionych:)

1. Gdyby świat powstał na nowo...?

2. Co robisz nocą, kiedy gwiazdy nie migocą?

3. Kawa, herbata czy płaszcz?

4. Jak ma się determinizm panatywny do aspektu interdukcji wizualnej?

5. Masz talent czy tańczysz z gwiazdami?

6. Morze czy góry?

7. Twój znak zodiaku?

8. Ulubione miejsce na ziemi?

9. Wschód czy zachód słońca?

10.Ulubiona czynność na p. :))

11. dlaczego tych pytań jest jedenaście?

 

Bawcie się dobrze :))

ściskam :)

19:22, paniszalo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 listopada 2012
fejsbuk

Coraz częściej o tym myślę.

Coraz bardziej męczy i doskwiera.

na poczatku bawiło. Teraz razi.

Słit focie z rąsi,tablica ogłoszeń wszelakich.

Wieczór zamiast kocham kino - lubię to.

Pozornie nie-samotność w sieci.

 

Czy jeśli mnie nie ma na fb to znaczy, że nie istnieję?

Niedługo się przekonam.

13:34, paniszalo
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 października 2012
Prócz Ciebie nic.

Noc - nagle czarna przykryła mrokiem cały świat. Dziewczynka przebiegła przez ciemne podwórko. Zdyszana dotarła do muru, który dobrze znała. Dotykając jego wilgotnej ściany po omacku szukała obluzowanej cegły za którą powinien być zapasowy kluczyk do furtki. Dawno, dawno temu zostawiła go tam na wszelki wypadek. Znalazła w omszałym zagłębieniu po cegle, która jednak musiała wypaść. Trzymając go w ręku pobiegła do furtki.

Przez ten czas kiedy Dziewczynka przemierzała świat furtka jeszcze bardziej zarosła bluszczem. Już wcześniej trudno było ją odnaleźć by wejść do świata Dziewczynki, teraz była praktycznie niewidoczna. Dziewczynka z ulga pomyślała, że nie odnajdą jej nawet ci, którzy kiedyś odwiedzali jej ogród. Chciała być sama. Bardzo tego potrzebowała. 

Weszła do ogrodu. Był trochę zaniedbany, część roślin uschła. Nic dziwnego przez kilka miesięcy nie było tu nikogo. Pobiegła do swojego ulubionego zaułka. Przejrzała się w lusterku, które kupiła kiedyś na targu staroci. Jej twarz była smutna. Wyszczuplała. Życie za murami ogrodu ją przeraziło. Była zmęczona i wyjałowiona. Pamiętała, że kiedy wychodziła w świat miała wrażenie ukołysania samej siebie, z dziecięcą ufnością wyszła do ludzi. Była przekonana o swojej wewnętrznej sile i niezłomności. Chciała cieszyć się światem, sobą wśród ludzi, uczyć się na nowo życia, kochać. Teraz stojąc przed lustrem i przyglądając się swojej poszarzałej twarzy myślała tylko o tym, czy na pewno dobrze zamknęła furtkę. Oczywiście będzie tęsknić za ludźmi ale czy ktoś będzie chciał ją odwiedzać skoro jest TAKA? …. No właśnie jaka? Zadała sobie pytanie nadal patrząc w lustro. Przecież nie zmieniło się w niej nic – ciągle miała w sobie tą swoją naiwną wiarę w dobro, ciepło, którym chciała obdarować ludzi, miłość… Potrzebowała tylko bezpieczeństwa. Przytulenia, akceptacji. W zamian mogła dać z siebie tak dużo. Dlaczego więc nie udało się bezpiecznie zakotwiczyć? Co nie zagrało? Czy coś  przeoczyła? …. Dlaczego z dnia na dzień coraz bardziej traciła kontrole nad samą sobą? Dlaczego znowu czuła wielką pustkę w sobie? Dlaczego znowu tak bardzo się boi, że ucieka przy okazji dotkliwie raniąc, kąsając, gryząc? Całe mnóstwo myśli goniło po głowie Dziewczynki. Skąd w niej tak mocne przeświadczenie o tym, że powinna liczyć tylko i wyłącznie na siebie? Skąd te dręczące myśli, że się nie nadaje, że nie jest wystarczająco dobra do czegokolwiek? Dobrze znała te wszystkie uczucia, wiedziała jak niebezpieczne dla niej są. Ale zaraz. przecież niebezpieczeństwo minęło, kiedy zamknęła za sobą furtkę. Teraz znowu jest w swoim ogrodzie, w którym zawsze może być sobą. W świecie przytłaczała ją łatwość z jaką ludzie dokonują sądów, tutaj mogła na nowo odbudować siebie, swoje poczucie godności i własnej wartości. Patrzyła na siebie. Jestem, dlaczego więc wśród ludzi czuła się przezroczysta?

Dziewczynka spojrzała w lustro jeszcze raz. Zobaczyła orzechowe oczy dorosłej kobiety, którą przecież już od dawna była.

Pobiegła do furtki, lekko odgarnęła bluszcz. Może jednak....



Obraz - http://www.facebook.com/Yerkaland?filter=2

niedziela, 21 października 2012
Bo chodzi o to....

Wczoraj czułam się źle. Głowa pękała mi z bólu, na oczy prawie nie widziałam (ciśnienie?). Żaden apap ani inne cudo nie pomagało. Tydzień miałam wyjątkowo trudny, nazbierało się we łbie milion spraw, które nie chciały z niego wyjść. Dudniło w czaszce wszystko. Sprawy fabryczne, sprawy domowe, sprawy sądowe, sprawy pracownicze, sprawy świata mojego. Tak więc początkowo - Palladium do którego zostałam zaprowadzona w ramach niespodzianki było ostatnim miejscem na ziemi w którym akurat w tym momencie chciałam być. Tęskniłam za ciepłym łóżkiem i snem, który zawsze, choć na chwilę daje ukojenie. Dzięki Bogu za supporty. Z Łagodną pianką złagodniało / złagodniałam, na Afrokolektywie już było nieźle, więc Strachy na Lachy obejrzałam w dość dobrej formie. Przynajmniej fizycznej. Lubię, lubię, lubię, bardzo Strachy lubię. Muza daje energię, a zgrabne, mega celne teksty dają do myślenia.

Koncert rozpoczęło sztandarowe Dzień dobry, które wprost uwielbiam. Kojarzy mi się z nadmorskim majowym weekendem, porankami sobotnio-niedzielnymi, kiedy chciało się śpiewać z rana dzień dobry kocham Cię. Mimo, że znam ten tekst na pamięć, wczoraj słuchałam go jakby po raz pierwszy. Wzruszył mnie jak nigdy przedtem... i tak zaczęłam myśleć o bardzo bliskich mi ludziach, parze, która dostała od losu prezent, która miała szansę na zbudowanie szczęśliwości po wsze czasy. Tyle w nich namiętności i emocji wszelkich. Każde z Nich jest mądre i bardzo kocha. Każde też ma swoje jazdy i traumy, nieprzeracowane historie. Czy to właśnie to powoduje, że nie mogą dojść do porozumienia i są jak te dwa kamienie, które upadły za daleko? Ciągle szukają porozumienia, wspólnego języka ale widzę, że coraz rzadziej spotykają się w pół drogi. To przykre patrzeć i czuć w sobie totalną bezsilność, brak pomysłu na podpowiedź, pomoc mimo, że przychodzą i o nią proszą. Ze łzami w oczach siedzię i myślę jak bardzo trzeba być zranionym, żeby stosować takie taktyki obronne, bo inaczej nie umiem określić Ich zachowania. Widzę jak lgną do siebie, widze jak siebie potrzebują i pragną być ze sobą ale każde ze strachu, kiedy tylko poczuje wyimaginowane zagrożenie ucieka gryząc i kąsając bardzo boleśnie. Strasznie mi ich szkoda, żal, bo to cudowni ludzie. Jednak siła rażenia jaką mają wypowiadane przez nich w złości słowa jest przerażająca. Zastanawiam się jak to jest możliwe, żeby ludzie, którzy są sobie tak bliscy w określonych sytuacjach byli dla siebie tak niedobrzy. Zdaje się, że wszelkie granice zostały w ich przypadku przekroczone. Granice słów, gestów, granice tolerancji zachowań nagannych, karygodnych i upokarzających, za którymi już tylko czarny cień braku szacunku do siebie samego. Czy można stamtąd wrócić? Jasne. Łąka pełna kwiatków, kolorowych motylków czeka. Można więc wypowiedzieć kolejne beznamiętne przepraszam i dalej udawać, że tym razem będzie ok i w radosnych podskokach przemierzać zieloną trawę,przy okazji nie zauważać, że z każdym patataj jest bardziej sztuczna i plastikowa... W sercu i tak pozostają rany zadane przez oślizgłe, połamane gałęzie obrzydliwych, niegodnych człowieka zachowań, a w głowie strach przed kolejnym nagłym powrotem do zamglonej, zimnej, niebezpiecznej gęstwiny lekceważących chichotów, prychnięć, trzaskających drzwi. Obawa przed wpadnięciem do  potoku jadowitych słów wypluwanych wraz z toczącą się pianą prosto w twarz. Patrzę na Nich i nie wiem czy znajdą w sobie jeszcze wiarę w to, że miłość wszystko przezwycięży. Wiele mądrości trzeba mieć by wrócić zza granicy wykipiałego mleka, a kiedy patrzę na Nich widzę tylko wymęczone cienie dwóch poważnie zranionych osób, które już prawie nie mają siły otworzyć oczu i spojrzeć na siebie. Nie mówiąc o tym, że trzeba się podnieść, przeprosić, wspólnie opatrzyć wzajemnie zadane rany i w spokoju dać im się zagoić .... Kibicuję bardzo, bo Jedno i drugie kocham nad życie, trzymam kciuki, choć czuję że mdleją z wysiłku.

Bardzo potrzeba powietrza, głębokiego oddechu, żeby smutek, który mam teraz w sobie rozrzedzić. A za oknem mgła gęsta jak mleko i chyba chłód.

 

czwartek, 18 października 2012
Sennik

 

jak nie śni mi się nic to nic, a jak się dzieje to ło matko bosko ;) całkiem niedawno jakieś domy, ulice i niezliczone pary butów, w tym czerwone, które przypadły mi do gustu. Przedwczoraj wynik meczu 5:0 (nie dla nas ;))) - sen był tak sugestywny, że naprawdę się zdziwiłam, kiedy rano odpaliłam tefałen24 i dowiedziałam się, że rybka lubi pływać ;)

Natomiast ostatniej nocy wyśnił mi się sen piękny, letni, ciepły. Początkowo nawet trochę duszny. Jeśli śnią  się zapachy to ja podczas swojej nocnej wędrówki wdychałam kredowy zapach kurzu. Właściwie cały czas chodziłam uliczkami w kolorze pożółkłych zdjęć, omijałam rzeźby, kamienne misy i klomby – puste albo z przeschniętą ziemią, wspinałam się po schodkach przeróżnych. Po dość długim spacerze, który odbywałam zdaje się bez celu - dotarłam do ściany. Była nierówna, zbudowana z bloków podobnych do tych, które tworzą egipskie piramidy. Ściana, a właściwie fragment muru niespodziewanie udało się obejść - podobnie można zajrzeć za dekorację w teatrze. Po drugiej stronie zobaczyłam ukwiecone kaskadami kwiatów stopnie, po których spływała przezroczysta, kryształowa wręcz woda. Woda szemrała, mieniła się i migotała. Było słonecznie, rześko i naprawdę cudnie. Szczególnie pamiętam wielkie, czerwone kwiaty. Były piękne same w sobie, płatki miały delikatne, podobne do makowych. Ogólnie dość niepozorne. Niesamowity był jednak ich kolor - przesoczysta czerwień, żywa barwa, która wydawała się być nienaturalna i zbyt ciężka dla tak subtelnych kwiatów. Pamiętam, że nie tylko cieszyłam oko ich widokiem ale też miałam na szyi płomiennie czerwony kwiatowy łańcuch, a na głowie wianek zrobiony z tychże*.

... i to historia bez puenty w sumie, bo w tym momencie przywitało mnie miarowe cykanie ukrytego pod poduszką budzika ….

Swoją drogą… hmm.. czy umiałabym to narysować?

Wracając do snów - jeśli jest tak, że faktycznie są telegramem z granicy światów to coś musi być na rzeczy gdyż ... z internetowego sennika wynika, że ...

Sen o czerwonych butach zapowiada osiągnięcie sukcesu dzięki przebojowości i energii. Osoba, której śni się że nosi czerwone buty może się spodziewać, że daleko w nich zajdzie - czeka ją sukces w każdej dziedzinie, dzięki odwadze, pewności siebie i wewnętrznej sile. No tak – to by miało sens ;) chociaż z tą odwagą to bym nie przesadzała ;))

Widzieć piękne kwiaty w ogrodzie - powodzenie i pełnia w twoim życiu; masz dostęp do pięknych uczuć i doświadczeń duchowych; raj. Się zgadza – źródła mojej energii płyną zewsząd. Doświadczam wielu cudownych ale też trudnych , a czasem bardzo trudnych chwil, które uczą, uczą, uczą…

Jeśli przyśnią ci się czerwone kwiaty, to oznacza wielką miłość. Nie przegap jej.

Czas przyszły? eee.. yyyyy .... nie :)

Mam to czego mi trzeba :)

....  sny się spóźniają :)) 

 

 ;)))

:****

 

* Gdybym przywdziała spódnicę, rozpuściła włosy to mogłabym startować do miana tancerki hula ;)) We śnie rzecz jasna ;)

 

piątek, 12 października 2012
Już październik.

Od mojego ostatniego wpisu upłynęło tyle czasu, a ja mam wrażenie, że zaglądałam tu najpóźniej przedwczoraj… Życie toczy się w takim tempie że ja kompletnie nie ogarniam. W trakcie tych… zaraz….niech policzę…. ponad trzech tygodni wydarzyło się bardzo wiele rzeczy. Ot choćby przesympatyczne spotkanie z Kabamaigą w jej Stukolorowej Kuchni pełnej zakamarków i niespodzianek niczym Stumilowy las. Albo atmosferyczny  koncert zespołu Anathema , którego Untouchable zachwyca mnie za każdym razem.. Wydziergałam kilka broszek, obdarowałam znajomych,pojawiło się kilka myśli na temat własnego zakątka, w którym spotykałyby się kobiety, gdzie pachniałoby maślanymi ciasteczkami i migdałowa tartą, gdzie podawałabym herbatę, może przy okazji sprzedawała kwiaty i inne drobiazgi, na przykład moje filcowe broszki albo obrazki? Było też sporo spraw we mnie, niektóre toczą się do tej pory. Dziwne sny w których wymieniałam kilkakrotnie słowo „wróbel” i to – co dość osobliwe – za każdym razem po angielsku, w których oglądałam niezliczoną ilość par butów, ostatecznie wybierając jeden czerwony….

I o tym wszystkim chciałabym Wam napisać w szczególe na ten tychmiast, w całości lub po kawałku jednak to musi zaczekać.

W ostatnią sobotę umarł mój Dziadek. Człowiek wielkiego serca i niezwykłego poczucia humoru. W tym momencie powrócił do mnie  bardzo wyraźnie obraz, który kreśli się w mojej głowie od jakiegoś czasu. Który zamierzam narysować, choć na to czas najwyraźniej nie nadszedł, ponieważ ciągle widzę tylko ogólny zarys, rozmazane kształty. A tak mam, że zabieram się za kredki dopiero wtedy kiedy widzę wszystko wyraźnie, stąd też proces  mojego rysowania tak długo trwa…. 

Mój obraz to rozłożyste drzewo. Z wyraźnie zaznaczonymi sześcioma gałęziami łączącymi się bezpośrednio z moją, z których w czterech nie ma już życia… nie wypuszczą listków, ostatnie kropelki żywicy przepływają przeze mnie, opatrując moje rany. Genealogia odwrócona do góry nogami. Podświadomie w kierunku ziemi, końca, upływu czasu. Przemijania.

Jest mi naturalnie smutno z powodu tego, że nie żyje ani Babcia ani Dziadek, którzy dali życie mojemu Tacie. Że nie żyje też On. Przecież naturalnie powinniśmy spędzić ze sobą jeszcze co najmniej trzydzieści lat. Jestem z tym pogodzona jednak to straszne myśleć że nie ma tej części drzewa, która w połowie stworzyła mnie. Ze nie ma już tez drugiego Dziadka, części drugiej połowy wiązki …. Czuję wyraźnie, że źródło mojego życia płynie już tylko z jednej strony. 

Jednak to nie będzie ponury obraz. Bo to  nie na smutno, nie. Bardziej na kolorowo w pastelowych  barwach  melancholijnego pogodzeniem się z tym co nieuniknione.

 

obraz: Jacek Yerka

http://www.facebook.com/Yerkaland



Tagi: Yerka
13:35, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 września 2012
Wpis bez tytułu.

Dziewczynka długo błąkała się po uliczkach miasta. Wysokie budynki przytłaczały ją, jazgot samochodów przerażał, ludzie mijali ją w pędzie.

Kiedy wyruszała w podróż była wesołą Dziewczynką, na nowo odkrywająca świat. Opuszczała swój ogród z  plecakiem pełnym doświadczeń i nauk, własnych przemyśleń. Nie chciała żyć życiem obok siebie, obok ludzi dlatego obiecała sobie, że nie popełni błędów  które znała z przeszłości, będzie uważna i czujna. Była pełna wiary w to, że uda się przekuć myśli na czyny, wierzyła, że nie zostanie sama z trudnościami jakie niesie ze sobą przystosowanie do życia. Czy była naiwna sądząc, że to co sobie ułożyła w głowie tam za murem sprawdzi się w życiu za nim? Zawsze była prostolinijna i ufna. Skąd mogła wiedzieć, że to nie zadziała?

Wcześniej nawet próbowała rozmawiać. Ludzie albo mijali ją nie zwracając na Dziewczynkę uwagi lub kręcili głową i  bezradnie rozkładając ręce mówili że nie rozumieją o co pyta. Jak to? Przecież mówię w tym samym języku… Dziewczynka smutniała z każdym niepowodzeniem. Jakoś naturalnie przestała mówić. Pomyślała nawet, że skoro nikt jej nie rozumie to z nią najwyraźniej jest coś nie tak. Postanowiła więc w ciszy obserwować świat. Co okazało się być trudnym i bolesnym zajęciem. Z żalem patrzyła na to jak kochający się ludzie ranią się słowami, milczeniem, krzykiem, złością.

Ściemniało się, w kątach czaiły się strachy, czarne ptaszyska złowrogo skrzeczały nad głowami.  Dziewczynka była wystarczająco przestraszona. Chciała jak najszybciej znaleźć się w ciepłym, słonecznym miejscu. Gdzie co prawda będzie sama ale nie będzie sprawiała zawodu innym. Pomyślała o swoim ogrodzie, gdzie zapach kwiatów był zawsze słodki, kolorowe ptaki śpiewały w konarach drzew, a delikatny powiew wiatru kołysał ją do snu. Smutna przysiadła na ławce pod murem obok wielkiej żeliwnej bramy. Gdzieś zza furty, chyba z podwórka usłyszała rzewne miauczenie Kota.

 

* obrazek: "Konfitura z róży" ; broszka z filcu -  - ZRęcznie zrobione * Pani Szalo

 



piątek, 14 września 2012
Eksperyment zakończony. Obiekt przeżył.

Badany obiekt:  kobieta l.35. Pracownica fabryki, matka. Z zamiłowania rysownik, twórca biżuterii kolorowej. Z przyzwyczajenia lekko stuknięta ale niegroźna Wariatka :))) Prowadzi tryb życia  biurowo- domowy, biegnący ale nie biegający wyczynowo, udomowiony ale uspartawiany, samodzielny ale w parze.

Cel eksperymentu: oczyszczenie organizmu

Czas trwania eksperymentu: 10 dni

Dostępne środku: eliksir młodości: sok klonowo-palmowy + sok z cytryny/grapefruita + imbir + woda mineralna.

Warunki sprzyjające: Kuracjusz  Równoległy ;))) dodatkowo: doświadczenie Kuracjusza Równoległego w temacie kuracji, jego bezgraniczne wsparcie oraz  absolutna wiara w powodzenie kuracji u Obiektu.

Warunki niesprzyjające: sceptycyzm Obiektu, nawyki jedzeniowe Obiektu (panika na samą myśl o odjęciu bułeczki z masełkiem od ust ;)

Subiektywne odczucia obiektu w trakcie kuracji: 

Dzień pierwszy:  klasyczny zespół dnia pierwszego ;))) przekonanie o własnych możliwościach: da radę zjeść konia z kopytami, wyczuwa wszystkie kulinarne zapachy świata, również  te, które nie gromadzą się tuż pod nosem. Obiekt obserwuje u siebie  ogólne umartwienie i lekki wqrw z powodu powyższego ;) objawy fizyczne: lekki ból głowy, objawy psychiczne: nieustający głód ;)

Dzień drugi: obiekt ma omamy – bułki z masłem i kebaby zdają się podążać krok w krok za obiektem ;) objawy fizyczne: lekki ból głowy, chwilowa nadwrażliwość zębów (pewnie od soku cytrynowego - mija w dniu trzecim)

Dzień trzeci: obiekt obserwuje wyraźną zmianę swojego nastawienia: jedzenie pokarmów stałych NIE JEST KONIECZNE. Objawy fizyczne: ból głowy ustał, perystaltyka jelit wzmożona ;)

Dzień czwarty i piąty: obiekt zauważa pierwsze efekty kuracji (poprawa jakości skóry, włosów, paznokci), ma wrażenie wewnętrznego skanowania organizmu – tak jakby eliksir docierał do każdej komórki organizmu i ja sprzątał. Obiekt odczuwa lekkie pobolewania tu i ówdzie, jednak dobre samopoczucie, brak uczucia głodu, poczucie sytości powodują iż obiekt nabiera pewności siebie i wiary w powodzenie kuracji. Obiekt rozpoczyna misję szerzenia idei oczyszczania organizmu jako przydatnej, absolutnie raz do roku koniecznej wręcz. Prowadzi też rozmowy ze sceptykami. 

Dzień szósty i siódmy (weekend): początkowe obawy obiektu, ze w dzień wolny od fabryki, (gdzie zajęć dostatek) będzie trudniej z konsekwentnym prowadzeniem kuracji  okazują się nieuzasadnione. Dzień jak co dzień, a wypijany „na żądanie organizmu” eliksir w zupełności wystarcza, by zaspokoić potrzeby żywieniowe i energetyczne obiektu. Obiekt w dalszym ciągu przekonany o skuteczności kuracji. Poleca ją postronnym.

Dzień ósmy i dziewiąty: już  z górki. Obiekt jest bardzo zadowolony, kuracja po prostu się dzieje, życie toczy się dalej. Nie dokucza nic. Obiekt wzbudza lekką zazdrość i podziw ludzi nie uczestniczących w eksperymencie. Obiektowi swoją postawą,ogólnie lepszym wyglądem i samopoczuciem udaje się zaszczepić w postronnych ciekawość i chęć zgłębienia wiedzy na temat kuracji.

Dzień dziesiąty – ostatni: Obiekt po raz ostatni targa do fabryki 1,5 litrową butle eliksiru, przy ostatnim łyku odczuwa swoisty smutek i żal, że to koniec. Euforia oraz zadowolenie z osiągniętego celu, a przede wszystkim z konsekwencji w działaniu daje Obiektowi poczucie, że może przenosić góry. Obiekt jest świadomym orędownikiem wartości i korzyści jakie niesie ze sobą kuracja oczyszczająca.

Subiektywne odczucia obiektu po zakończeniu kuracji: ogólna euforia, poczucie zadbania o siebie, znacznie lepszy wygląd oraz "wzmocniona siła woli i determinacja".

Efekt uboczny: utrata wagi w ilości 6 kilogramów :))))

 

Obiekt o sobie: Podczas 10 dni kuracji spotkałam się z przeróżnymi reakcjami. w 99 % były to reakcje sceptyczne o różnym nasileniu, zabarwione jednak ciekawością oraz szczerym kibicowaniem moim poczynaniom. Ja przeszłam przez ten czas praktycznie bezboleśnie, napój sam w sobie jest smaczny, a ponieważ nie są wyznaczone godziny jego spożywania jest dostępny "na żądanie" w każdym momencie, co również czyni kurację komfortową. Zdecydowanie pomogło mi to, że miałam Bliskiego Towarzysza, który równolegle prowadził swoja kurację. Nieocenione było Jego wsparcie, doping i szczera wiara w moje możliwości przetrwania ;) bo na początku sądziłam, że będe to musiała "przetrwać", natomiast już właściwie drugiego/trzeciego dnia przekonałam się że żyje normalnie, kuracja po prostu się dzieje, a ponieważ czułam się / czuję się znakomicie - nie była uciążliwa.

Nie namawiam nikogo - każdy musi podjąć decyzję sam jednak serdecznie polecam - jestem żywym dowodem na to, że można nie jeść pokarmów stałych przez 10 dni i żyć :) pełnią życia :)) no i wszystko zaczyna i kończy się w głowie, a nie w pustym żołądku :)

serdecznie pozdrawiam :)

Obiekt ;)



16:08, paniszalo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2012
Smutna piosenka retro.

Dziewczynka głaskała Kota, który spokojnie spał na jej kolanach.  Patrzyła szklanymi oczami na łąkę bez kwiatów. Jakiś czas temu, obok kamienia nad strumykiem znalazła przezroczystą wazę pełną baniek mydlanych. Bańki zachwycały! Pięknie iskrzyły, migotały w słońcu różnymi kolorami, leciutko podskakując na wietrze. Pewnie ktoś zgubił…. Pomyślała szybko i  rozejrzała się uważnie ale nie było nikogo. Spojrzała z przyjemnością na szklane naczynie. Po chwili  zauważyła kartkę z dedykacją: "To dla Ciebie Dziewczynko". Otworzyła oczy szeroko. Nie mogła uwierzyć. To dla mnie? Na pewno dla mnie? Jak to możliwe?   Jeszcze raz przeczytała srebrne litery. 

Wzięła znalezisko do domu. Postawiła na honorowym miejscu, otoczyła kwiatami, codziennie ścierała z wazy najdrobniejsze pyłki, nie chciała, żeby pokrył ją kurz. Nie chciała niczego zaniedbać, bała się bardzo, że straci ten piękny skarb. Jednak im więcej się starała tym szybciej bańki - jedna po drugiej - bledły. W końcu pękały. Kiedy na dnie wazy zostało ich tylko kilka Dziewczynka  zaczęła płakać. co ja robię źle? co jest nie tak? Szukała odpowiedzi wszędzie....Kiedy została już tylko jedna maleńka bańka postanowiła na wszelki wypadek nie zbliżać się do niej - najmniejsze drżenie, najdelikatniejszy podmuch wiatru mógł sprawić, że pęknie. Dziewczynka bardzo się tego bała.

...

Kota obudziła chłodna mgiełka, która z łoskotem opadła na jego nos. Prychnął, wyciągnął grzbiet, rozejrzał się .... mmrrrrrrr .... Dałby sobie ucho wytarmosić, że jeszcze przed chwilą siedział na kolanach Dziewczynki.

sobota, 08 września 2012
Pojawiam się i znikam :)

.. nie dlatego, że nie mam o czym pisać (notatki i zapiski skrzętnie gromadzę w szufladzie) jeno dlatego, iż żyje intensywnie mimo, że moje życie z pozoru płynie spokojnym nurtem.

Po wakacjach wróciłam do fabryki, machina wkręciła mnie szybko i na tyle skutecznie, że o urlopie przypomina mi tylko zapis w kalendarzu... Poza tym jest mi jakoś tak błogo, spokojnie, wypełniam misję rodzicielską, spełniam się jako DiLejdi ;) ogólnie jest dość przyjemnie. We Trójkę, razem z Niebieską korzystamy z ostatnich porywów lata, nasze życie towarzyskie kwitnie.

No i coś jeszcze :) już podczas nadmorskich biesiad, które były zacne postanowiliśmy z MiLordem przeprowadzić odnowę biologiczną na szeroko zakrojoną skalę.

No to wio... 

Dzień 1. Poniedziałek. Napój który ma mnie żywić jest gotowy. Przyglądam mu się uważnie – wygląda jak herbata z cytryną. Próbuję – smakuje dokładnie jak herbata z cytryną właśnie. Lubię. Jednak trudno jest pogodzić się z myślą, że nie będę jadła nic konkretnego. Przez dziesięć dni. Ale zaczynam. Mam urlop, co zdecydowanie nie ułatwia - przynajmniej w pierwszej połowie dnia. Bo jak wiadomo, jak człowiek na chacie... a pokusy czyhają wszędzie. Zwłaszcza na półeczce z pieczywem, w lodówce gdzie serek z ziołami, pomidory, ogórki dla Niebieskiej… aaaaaaaaa….. No nic. Jeśli ja nie dam rady to kto????? ;))) Żeby było milej – podgrzewam napój i wypijam. Ok. jest ok. Przez pół godziny. Odczuwam potworny głód i mam omamy – wszędzie widzę bułki z masłem a przecież nie ma jeszcze nawet południa… wysyłam dramatyczne smsy do MiLorda – ten niewzruszony acz czuły i przejęty cierpliwie tłumaczy mi, że to kwestia nastawienia i to wszystko w głowie. Muszę to pokonać – myślę i rozpoczynam realizację pierwszego punktu planu na popołudnie : wybieram się na rozpoczęcie roku szkolnego Niebieskiej (przezornie pieszo ;))). Tam rozgardiasz jak ta lala. Niebieska przejęta, ja chyba jeszcze bardziej. Pani wychowawczyni na pierwszy rzut oka w porządku, chociaż kiedy mówi do nas (rodziców), że NIE  WY-O-BRA-ŻA sobie, żeby na jutro jakieś dziecko nie przyniosło podpisanych oświadczeń (do świetlicy, ze świetlicy, na religię, na etykę…itp.) oraz że wszystkie rzeczy dzieci mają być POD-PI-SA-NE to ciarki po plecach latają ;))))). Po rozpoczęciu roku punkt drugi: pędzę jak szalona do jednego dochtora. Popijam w locie wodę. Po dochtorze pędzę do drugiego. Popijam wodę. Nie czuję głodu dopóki nie wdzieram się do centrum gdzie siedlisko zła. Wszędzie gdzie nie spojrzę ciastka, słodyczki, kokakole, pizze, kebaby, makszity. Zapach roznosi się WSZĘDZIE….. Dlaczego mam na to wszystko smaka akurat DZISIAJ???????? Przedzieram się przez labirynt rozkopanego centrum (bo metro przecież…. :////) starając się pamiętać o mocnym postanowieniu. Popijam wodę. Dobra. Dochtory załatwione. Wracam do domu, łapię w locie szklankę z magiczną miksturą i zaiwaniam do fryzjera. Wracam. Wieczór. Drink klonowo-palmowy z cytrynką. No i noc. NIE JESTEM GŁODNA. Zasypiam ze spokojem. Nadchodzi kolejny dzień, potem kolejna noc i kolejny dzień bez jedzenia w postaci stałej.

Dzisiaj mija szósty dzień - już z górki.

Przyznaję bez bicia - sceptyczna byłam. Nie powiem. Z pewną taką nieśmiałością, bardziej na fali entuzjazmu MiLorda (nawiasem mówią weterana w tym temacie), niż swojego przekonania na ten temat. Do końca została jeszcze chwila ale już dzisiaj wiem, że warto. Mimo dziwnych uśmiechów i spojrzeń społeczeństwa :)

No. Pewnie jeszcze o tym opowiem :) i będę orędowniczką ;))))))

Kończę na dziś mój eko wpis i z rozkoszą wracam do fabryki broszek i innych filcowych drobiazgów, które projektuje moja wyobraźnia, a te oto rączunie dziergają ile wlezie ;))) o.Naparstek muszę sobie kupić :))))

serdecznie pozdrawiam :)

:)



12:28, paniszalo
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 sierpnia 2012
Zielona noc.

 

Ostatnie chwile nad morzem. Ostatnie godziny i minuty. Jutro obudzona budzikiem żwawo, bo pod presją czasu zapakuję nasze dwutygodniowe wspomnienia do walizek, w ostatniej chwili pobiegnę nad morze posłuchać go po raz ostatni na nie wiadomo jak długo, poczuję w oku łezkę żalu i pojadę. Do miejsca do którego wracać za bardzo nie chcę, do rzeczywistości harmonogramowo od a do zet ułożonej, do zwykłego życia, które nieco straszy przewidywalnością. Jakoś mi dziwnie mimo, że spotkam kota Filemona, na nowo przesiąknę zapachem moich kątów. Na jak długo wystarczy mi odpoczynku od codzienności? 

To były jedne z najfajniejszych wakacji, bogatych w odczuwanie i emocje, kolory i smaki. Sportowo przyjemne, rowerowe, kajakowe, plażowe. Z pogodą zmienną, duchem niespokojnym, ciałem lekko opalonym. Takie jakie powinny być. Będę je pamiętać.

Wracam do domu ze wspomnieniami i myślami we wszystkich odcieniach. 

Za tym miejscem zatęsknię bardzo szybko. Właściwie już tęsknię. 

chwileczkę.. czy to smutek? 

...

23:29, paniszalo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 sierpnia 2012
a kuk u na pół ;)

Półwysep. Słońce, słońce, coraz więcej słońca :)

Półmetek. Urlopu. Dziś tam i z powrotem. Teraz chwila odpoczynku w szalonej podróży.

Półsłodka. Naleweczka z aronii Zielonookiej.

Północ. Niedługo. Jest ciepło, cicho, spokojnie. Pachnie trawą, pomidorami, kwiatami.

Półsen. W lekki zapadłam.

Właśnie przed chwilą spadła gwiazda.

Życzenie pomyślałam.

Spełni się jutro :)

23:31, paniszalo
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 sierpnia 2012
Spotkanie nad morzem.

No. to jestem. 

I będę tu czas jakiś.

Wiadomo, że lenistwo jest zajmujące a nieznośna lekkość bytu może skutecznie zapełnić kalendarz ;) ale może uda mi się skrobnąć cokolwiek w tak zwanym międzyczasie ;) Gdyby jednak nie - nadziei nie porzucajcie - Szalo wraca jak bumerang ;) w końcu będę nazod ;)

Tymczasem ściskam i pozdrawiam z szumiącego wiatrem wybrzeża :)

Ciotka Szalo z podróży :)

12:50, paniszalo
Link Komentarze (2) »
środa, 08 sierpnia 2012
Na ten tychmiast.

Rano miałam wrażenie, że świat dzieje się obok mnie.

Przesilenie.

Jestem zmęczona.

Otumaniona lekko.

Potrzebuję.

Odpoczynku.

Jak najszybciej położyć się na piasku.

Złapać pocałunek.

Z powietrza czerpać spokój.

Z Twoich ramion siłę.

Z miłości jak najwięcej miłości.

Ze szczęścia radości.

Kochać bez pamięci.

Się bez opamiętania.

Ukołysana szumem fal zasnąć.

Snem sprawiedliwego.

 

:****

 

wtorek, 07 sierpnia 2012
Se wezmę i ponarzekam. A co ;)))

Pogoda w kratkę. Moja głowa od kilku dni jakby miała mi odlecieć wraz z upływającym w szalonym tempie czasem. Rzekłabym nawet, że nie do końca ogarniam co się dzieje - prędkość z jaką pędzą dni jest przerażająca.... z jednej strony się cieszę, bo już za chwileczkę już za momencik urlop nad morzem będzie się kręcić. Królewski, wspólny, nasz. Wiadomo jednak, że urlop ma w zwyczaju przemknąć robiąc mik mik tak szybko, że w tumanach kurzu dostrzega się już tylko ostatnie popołudnie przed powrotem do fabryki  ... ALE! .... wśród urlopu dłuuuuuugi weekend ;))) czyli jest szansa, że będzie niezapomniany (idąc tropem Ojca www ;)))))) 

Tak sobie właśnie pomyślałam, że od ostatniego wpisu minęło już półtora tygodnia. Nie daję rady… Czy tylko mi czas przelatuje przez palce? a w tak zwanym międzyczasie zdarzyło się sporo.

Chronologicznie – dwudziestego siódmego dnia lipca zachwyciłam się koncertem RHCP – widowisko było bardzo zacne i przednie więc nawet wybaczę, że nie zagrali Meet me at the corner ;)))

Następnie któregoś pięknego wieczora wiedziona ciekawością poszłam ci ja w doborowym towarzystwie do kina na film „Bez wstydu”. Ekhm….taaa… cóż powiedzieć… Ja się może nie znam ale mam prawo oczekiwać od filmu, który zajmuje się bądź co bądź trudnym tematem choćby maniunieńkiego powodu do przemyśleń. A tutaj? pusto….pusto, pusto. Dwie równoległe historie, jakoś tam pozornie i moim zdaniem nieumiejętnie łączone pomostem bohaterów lub też ewentualnych analogii, których szczerze mówiąc i tak muszę szukać na siłę. Spłycone wszystko, bez większego sensu, maniera aktora grającego główną rolę na dłuższą metę jak dla mnie nie do zniesienia. Historia przedstawiona w dziwny sposób - trochę jakby miało być nie do końca dosłownie, co jest zrozumiałe ale trochę dosłownie, co z kolei jest niepotrzebne. No chyba, że chodziło o odrobinę iskry i przykucie uwagi, którą w moim odczuciu powinny nieść za sobą mówiąc ogólnie swojego rodzaju szepty, szelesty, cienie, półcienie - wszystko co dałoby poczucie wejścia w posiadanie tajemnicy bohaterów, sekretu ale też stworzyło przestrzeń do empatycznego ogarnięcia trudności i powagi sytuacji. Nie wyczuwałam ani odrobiny napięcia, która siłą rzeczy powinna towarzyszyć tej opowieści. Od razu przypominają mi się „Marzyciele” – film, który zdecydowanie lubię choć może trochę pretensjonalny. Tam rzeczywiście – półmrok mieszkania, kręte korytarze, zakamarki ale przede wszystkim mimika twarzy, gesty, spojrzenia, półsłówka budowały atmosferę niedopowiedzenia. I mimo podobnych okoliczności przyrody gdzie podobne emocje i historia zamknięte w czterech ścianach - w polskim filmie poza zaduchem i zapachem kurzu nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego więcej. Nawet nie umiem powiedzieć, czy ten film mi się podobał czy nie. Mimo Agnieszki Grochowskiej której grę aktorską bardzo lubię - niesmak pozostał. Ostatnio dobry film polski jaki widziałam to była „Afonia i pszczoły”. I tego się będę trzymać. W oczekiwaniu na następny, który mnie zachwyci pozostaję.

No i w sumie najfajniejsza sprawa ostatnich dni. Otóż dzięki determinacji Króla stałam się posiadaczką pięknej, czarnej damki z duszą, która wczoraj wespół z pięknym czerwonym rowerem odbyła swój pierwszy spacer. przejechaliśmy siedemnaście i pół kilometra według królewskich pomiarów. Na pierwszy raz ;) uważam całkiem nieźle. Pomijając już nawet to, że jak dla mnie - osoby raczej udomowionej niż usportowionej był to niezły wyczyn  – radość sprawiło mi przede wszystkim niezwykłe poczucie wolności o którym przez te wszystkie lata, kiedy nie jeździłam na rowerze zdążyłam zapomnieć. I to łaskotanie wiatru na twarzy. Bezcenne.

Ach i jeszcze przyśnił mi się obraz, który niebawem narysuję. Już się go nie mogę doczekać! Chwilowo nie mam warsztatu do pracy więc swobodną interpretację poczyniłam w filcu wykonując wczorajszej nocy broszkę. Ale pastele też się doczekają :)

Wracając jednak do pogody ;) Raz słońce, raz deszcz. Raz ukrop, za chwilę dujet silnyj wietier, część nieba zasnuta  ciężkimi chmurami, druga rozkosznie błękitna z promykami słońca wśród puchatych baranków. Ani to nie wiadomo jak się ubrać ani jak żyć ;)))) i nawet premier nie pomoże ;) kociokwiku można dostać. No i te burze. Może to naturalne zjawisko, że one raczej wieczorem albo w nocy ale ile można ? nabuzuje się nieboskłon, piorunami rozpędzi gwiazdy po kątach, nad ranem ciągle jeszcze dość niemrawo. To trochę, dość swobodnie kojarzy mi się z fochem, co to nakręca się późnym popołudniem, wybucha wieczorem noc powodując niezwykle długą i niespokojną, a rano jest niezręcznością z którą nie wiadomo co zrobić. Bo już by się chciało do tęczy ale jakby nie wypada  :) w sumie to śmieszne jest tak tracić czas, choć z drugiej strony po deszczu lepiej rosną kwiatki :) a po burzy, jak mówio - zawsze jest słońce :)

O właśnie – oto i na niebie złoty promyczek :) Jest nadzieja :)



10:48, paniszalo
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 lipca 2012
Zdania podobno nie zaczyna się od więc....

.... w związku z tym, by zachować konwenanse rozpocznę w te słowy.... 

A więc tak :)

Ogólnie czułam się średnio już w piątek ( choć, jak teraz myślę może ta niezwykła senność i bóle głowy od mniej więcej wtorku to była zapowiedź wirusowego tornada? hmm...). Zlekceważyłam to jednak, uzanając swoją niedyspozycję za znak dość pracowitego tygodnia i ogólnego zmęczenia. W piątek więc dla relaksu i złapania tego co sportowcy nazywają kondycją udałam się z Niebieską do wód. Pobasenowałyśmy się elegancko. I to by było na tyle bo na drugi dzień cóż....

w sobotni poranek ledwo zwlokłam się z łóżka, po omacku przygotowałam płatki na mleku dla Córki mej i wróciłam do łóżka gdzie Morfeusz przydzwonił we mnie porządnym kamieniem - spałam jak zabita przez kilka następnych godzin. Raz po raz budziłam się kontrolnie z pytaniem czy dziecko nie jest głodne. Bolał mnie każdy centymetr mojego (nie)boskiego ;) ciała, każda maniunieńka kosteczka, a skóra naciągnęła się tak, że miałam wrażenie - włosy na głowie stały mi dęba. Marzyłam, żeby ktoś zabrał mój kręgosłup (bynajmniej nie moralny) na zawsze.  Myślałam, że zawinę się nie tylko w kołdrę. W niedzielę, blada jak ściana z lekkim zawrotem głowy, za namową i w asyście Najbliższych, Ukochanych Osób udałam się do dochtóra. I tam dowiedziałam się, że mój organizm trawi ostra infekcja wirusowa, która siadła mi głównie na kości i głowę ( w senie boleści permanentnej o typie pod tytułem "zaraz oczy mi wyjdą nosem", bo jak wiadomo - normalna już raczej nie będę ;)))). Świsty w uszach, ból gardła i od czasu do czasu kaszel jak z podziemi mam potraktować jako słodki bonus.

I tak - jak stwierdził Sympatyczny Internista - powinnam się cieszyć, bo tenże wirus ma kumpla  który uszkadza przewód pokarmowy i kończy się bieganiem tam i z powrotem (wiadomo gdzie i z czym). Tak więc ostatecznie powinnam się cieszyć, że z dwojga złego mój uroczy wirusek to specjalista od innych przyjemności. Czuję się w obowiązku dodać, że według informacji, które posiadam te bezczelne wirusowe typy dwa grasują w Dużym Mieście i w jego okolicach. Na ofiary wybierają kogo popadnie! A więc strzeżcie się Rodacy! a jak już się z nimi spotkacie...Niech moc będzie z Wami!!!

A w tym wszystkim... Niebieska, empatyczna, cudowna i boska - pod skrzydłami Weny wyrysowała kilka obrazków z dedykacją. Jeden nawet, że tak powiem wyrzeźbiła w rozmazanej na kartce a4 plastelinie (trochę nie wiem jak nazwać tą technikę ;))). Nagły, nieplanowany powrót Króla z polowania na bociany, konie, mnichów, czołgi, mosty i inne dziwadła, które można spotkać podczas podróży dwukołowym rumakiem - też uszczęśliwił. Wzruszyło mnie to dogłębnie. Ogólnie wzruszyła mnie troska moich Najbliższych o mnie. Cudnie być otroskiwaną.

I właściwie na tym zakończyłabym historię pewnego wirusa, gdyby nie coś jeszcze... tylko pozornie z trochę innej bajki. Chcę to napisać :) Jestem poruszona z jak wieloma reakcjami spotkała się moja motylowa notka...  To bardzo wzruszające, usłyszeć "kiedy to czytałam pomyślałam:  piszesz o mnie, o tym co czuję, jak się czuję".  Dobrze więc wiedzieć, że słowa, które wydają się być pisane dla siebie i o sobie samej są też słowami (głęboko skrywanymi myślami?) Innych. To fajne wiedzieć i czuć, że motyli z pawimi piórami jest więcej. W kupie jak mówią raźniej ;))) Szczerze wzruszył mnie komentarz Yayniczka ale też inne Wasze ciepłe słowa, maile z uśmiechami i dobrą energią, uściski i słowa w realu które sprawiły, że moje skrzydła posrebrzyły się na nowo. Zwłaszcza, że ten wpis miał być ostatnim. Dziękuję Wam Wszystkim, moi Drodzy. I obiecuję - zgodnie z Waszymi prośbami - Pani Szalo nie przestanie pisać :) Ściskam.

ps. a zdjęcie porzeczek dlatego, że PO RAZ PIERWSZY w moim życiu wykonałam z tego wspaniałego owocu dżem/konfiturę/galaretkę*

* w smaku niesamowite, a z nazwy - niepotrzebne skreślę jak się jutro okaże czemu ten mój wytwór jest najbardziej podobny ;)))

21:42, paniszalo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 lipca 2012
Z pamiętnika frika.

Nigdy nie chciałam, żeby Pani Szalo była blogiem z cyklu "mój drogi dzienniczku" ani "dzisiaj rano zjadłam kanapkę, popiłam mlekiem, którego nie cierpię i poszłam do pracy". Pani Szalo od początku była moją furtką do świata, który powoli oswajałam. To tutaj nauczyłam się siebie, nauczyłam się bycia sobą, powoli krok po kroku, coraz dalej wyglądałam zza muru. Tutaj przez te wszystkie lata zbierałam na paletę barw wszystkie odcienie emocji, których przed ołtarzem z dmuchawców i latawców przyrzekałam używać mądrze. Zrobiłam bardzo dokładne notatki, ponaklejałam żółte fiszki w mojej głowie (o tym nie zapomnij), kilka czerwonych znaczników umieściłam blisko serca (tego się wystrzegaj), w mojej duszy zakwitły niezapominajki wniosków z poprzedniego życia, a ja postawiłam w tym ogródku wymalowaną tabliczkę "dbaj o zieleń". I tak sobie wyszłam bladym świtem, tańcząc niczym świtezianka na pola i łąki osnute mgłą. Pełna nadziei, że moje bezcenne, srebrne dzwoneczki doświadczenia będą mnie prowadzić, a ja koncertowo, beztrosko i z pełną ufnością wygram na nich wariację na temat poranka... okazało się jednak, że moje nuty nijak mają się do tego co niesie ze sobą "normalne" życie. Nie umiem się zgrać z gamami świata. Jestem jak obłąkane dziecko we mgle. Nie umiem przełożyć dzyń, dzyń, dzyń na do-re-mi. Miotam się, biję na oślep, krzywdzę w tej swojej ślepocie. Nie wiem czemu tak się dzieje. Przed czym uciekam, przed czym się chronię, przed czym się chowam? Nie wiem. Nie pamiętam, gdzie ukryty jest klucz do świata w którym chciałabym normalnie funkcjonować. Za to doskonale pamiętam gdzie jest furtka do "mojego świata". Wystarczyłoby tylko nacisnąć klamkę. Tam, gdzie mieszka Pani Szalo demony znikają na jedno skinienie palca, jestem tam silna. a tutaj? hmmm.... obijam się o szklane ściany, za którymi ucieleśnienie moich pragnień i płaczę. Potem denerwuję się i wściekam, a diabły tańczą na mojej głowie, uderzając mnie w twarz łapami. Szramy po ostrych jak brzytwy pazurach krwawią, szpecą i nie chcą się goić.... w dodatku mam wrażenie, że kończą mi się słowa, nie umiem się wysłowić, opowiedzieć, nazwać. czyżbym wracała skąd przyszłam?

... Najbezpieczniej czuję się przed wschodem słońca, kiedy świat się jeszcze nie obudził. Wtedy otula mnie cisza, czuję się na miejscu, nikomu nie przeszkadzam, nikomu nie sprawiam zawodu, przykrości, nie ranię. A ponieważ nic nie mówię, nie ma obawy, że zostanę niezrozumiana. Bezkarnie mogę całować kwiaty i patrzeć na znikające gwiazdy bez obawy, że zostanę wyśmiana. Wtedy mogę sobie malować myśli zamaszystą kreską i cieszyć się, że w sobie odnajduję moje pluszowe poduszki. Niepokoi jedynie to, że potrzeba ucieczki jest silniejsza niż potrzeba przetrwania i zmierzenia się z tym co jest do pokonania. Niepokoi też poczucie/przeczucie (?), że już na zawsze zostanę kolorowym motylem, który ze strachu rozwija skrzydła tylko w swoim świecie. I tylko z  daleka obserwuje inne, piękne istoty do których serce mu się rwie ale strach przed odrzuceniem obezwładnia.

tak, to chyba o tym jest ten obraz.

22:02, paniszalo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 lipca 2012
Zwierciadełko powiedz przecie... ;)

No nie mogę. Nawet jak się zamknę w sobie ;) to mi w głowie tak huczy, że muszę sobie ją otworzyć ;)) co niniejszym czynię.

Sezon urlopowy w pełni.

Rano w tramwaju wreszcie wyłączono ogrzewanie ;))), bez tłoku, cicho. Za to na porannej łące którą dziś przemierzałam w drodze do fabryki dla odmiany gwarno i brzęcząco. Ziemia parowała po nocnej ulewie, a posrebrzona kroplami rosy trawa mimo narastającego upału jeszcze chwilami łaskawie chodna. Pszczoły, motyle i inne owady latająco - szemrząco – bzyczące harcowały wśród chaszczy, które nie wiadomo kiedy wyrosły.

Wsłuchując się w tą letnią melodię pomyślałam (ha!!! ;))))  o szczęściu. Jako takim … że przyjemnie i ciepło, że błękitne niebo, że Król, że Niebieska, że Królestwo, żem otroskiwana i utulana, w ramionach zasypiam silnych, opiekuńczych, bezpiecznych. I od razu, jak chmura gradowa znienacka głupia myśl – że jak to, że aż tyle szczęścia na raz, że jak to dla mnie, że teraz, że niemożliwe,  że nieprawda, że wymyślone…  i jakby pozbawiona wszystkich sił, bez wiary w siebie samą wpadam w wir urojeń dziwnych i strachów beznadziejnych.... Grrr… nie lubię siebie takiej.  Dodatkowo to męczące jest to. I wyczerpujące bo: raz, że tracę cenną energię na szukanie zakrętów,  dwa tracę cenną energię na rozkminianie po co to robię, skoro do niczego to nie prowadzi.  Tdż..tdż… tdż…  (tutaj dozwolona wizualizacja na temat bezradnego uderzania  głową w ścianę). 

Na szczęście za każdym razem kiedy zabłądzę tam, gdzie nie ma szans na zabłądzenie spotykam Króla, mądrego Władcę. Ten za każdym razem z uporem maniaka podtyka mi pod nos dekret, który mówi jasno, że choćbym szukała ze świecą nie znajdę najmniejszego zakręciczku bo drogi w Królestwie są proste  aż po horyzont.  A na drugiej stronie królewski nakaz – wierzyć i ufać. I nie wywoływać duchów, których nie ma. No.

Kreatywność, innowacyjność, ZMIANA*

Boshe chroń Królową! ;)))

"Strach zabija duszę". Ot co usłyszałam w ostatniej chwili przed drukowaniem tego artykułu. Amen.

 

PS. O czym myślisz, czyli fragment rozmowy z fejsbukiem w trójkącie bez twarzy ;))) 

Ja: Kocham, a nie myślę ;)

On: Kocham, więc jestem ;)

Ja: Kocham, bo jesteś :)

Ona: Myślę więc kocham :o)

On: Kocham, że myślę i kocham, że kocham :D

;))))))

*trzy ważne słowa z art "Ja - projekt kreatywny", Zwierciadło, nr 7/2012

poniedziałek, 02 lipca 2012
Ogłoszenie drobne.

Pani Szalo trochę nie będzie. Pani Szalo musi trochę odpocząć. Może dzień, może tydzień, może miesiąc. Nie wiem. Potrzeba słońca i orzeźwiającego deszczu. Nowego punktu odniesienia. Innego punktu widzenia. Wakacji. Odpoczynku. Nie wiem sama. Może po prostu ciszy.

 

11:40, paniszalo
Link Komentarze (1) »
napisanenaprędce.

Jak to jest, że człowiek świadomy najważniejszego tu i teraz, odgrzebuje coś co tak naprawdę nie ma znaczenia, grzechy, które w przez lata dokonywanym rachunku sumienia zostały rozliczone, a pokuta, często wielokrotnie odprawiona.

Zastanawiam się dlaczego niedziewiczy ocean spokojny i turkusowe głębiny obijające się falami o brzegi starożytnego świata stają się obszarem poszukiwań czarnych pereł, których wcale nie chce się mieć? Czasem coś jest jak gwiazda, która pojawia się, spełnia życzenie w danej chwili i gaśnie. Raz na zawsze. Dlaczego więc coś, co było tylko mgnieniem srebrzystego ogona komety ma decydować o tym co TERAZ jest ważne, a co nie? Dlaczego przeszłość tak niepokoi, mimo bardzo mocnej teraźniejszości?

Moja stara przeszłość ma trzydzieści pięć lat. Jakby nie liczyć prawdopodobnie jest połową mojego życia. No, przy dobrych wiatrach może będzie prawie jedną trzecią. W każdym razie jest. Dużo w niej radości, smutku i wielu rozterek. Pragnień, łaknień i ślepych poszukiwań. Nie zawsze dobrych wyborów. W niej też okadzone wstydem wspomnienia i sprawy o których nie chce się pamiętać. Nie chcę wzywać i być wzywaną do konfesjonału i odprawiać pokutę za swoje grzechy w nieskończoność. Wystarczy mi świadomość ich popełnienia. Nie ucieknę przed tym co się stało kiedyś. Muszę pamiętać, że wszystko co się wydarzyło działo się z określonych powodów, w określonych okolicznościach przyrody. ale to było wtedy, w życiu przed życiem. Nie tylko moim.

Ile jeszcze muszę poświęcić chwil, myśli i słów na to, by wiedzieć i przekonać nie tylko siebie, że nawet to co jest dzisiaj jutro już będzie przeszłością, która mimo wszystko zostawi coś dobrego po sobie... więc ostatecznie będzie też cennym doświadczeniem, które uczy.

Jestem pewna czego chcę, jak bardzo chcę tu i teraz i w przyszłości. Na zawsze. Do końca. Bez cienia wątpliwości. Kochać bez pojęcia. Delikatnością, ufnością i czułością, miłością bezgraniczną i pełną, którą przywiał mi pewnej bezgwiezdnej nocy wiosenny wiatr.

kocham. czuję. jestem.

nie ma nic ważniejszego. Nic.

:****

niedziela, 01 lipca 2012
stand by.

Stan wstrzymania, stan czekania, stan czuwania. Męczący, wyczerpujący, wyjaławiający. Grzebiący w duszy, dotykający, parzący. Pozbawiający radości. Wymuszony i wymuszający. Obcy, niepotrzebny, chwiejny i chwiejący.

Przekraczający granicę tajemnic najgłębszych.

Krzywdzący.

Wyłączam.

pstryk.

Prąd zaoszczędzony?

mam nadzieję.

ps. Abstrakcja? ... W mojej pstrokatej głowie ułożona w niezgrabny prostokącik. Czy to tylko "sen spowodowany lotem pszczoły wokół jabłka granatu na jedną sekundę przed przebudzeniem", "Paranonia" czy może raczej "Płonąca żyrafa"?. Salvador pewnie miałby ucztę.

22:49, paniszalo
Link Komentarze (1) »
środa, 20 czerwca 2012
Niebieski Kwiatek.

Mam dziś wolny dzień. Mam też w głowie miliony myśli.  Ogólnie jestem trochę rozbita, wtłoczona w ekstremalne warunki wymuszone przez życie, zmęczona tęsknotą i wyczekiwaniem. Czuję się trochę tak jakbym miała watę w głowie albo co gorsza - mokrą, ciężką, ociekającą wodą gąbkę. Ciąży mi, trochę spowalnia postrzeganie świata ale to następnym razem.

Bo dziś najważniejsza jest Niebieska. Bo u Niebieskiej koniec roku przedszkolnego. Po wakacjach Niebieska idzie do zerówki.

Czas płynie, moja mała Niebieska niedługo zacznie chodzić własnymi ścieżkami jeszcze bardziej niż teraz, potem zacznie malować rzęsy, umówi się na randkę, będzie kobietą. Czasem, kiedy patrzę w jej mądre oczy, kiedy mówi do mnie ważne rzeczy, kiedy po jej policzkach spływają srebrzyste łezki myślę, czy jej nie skrzywdziłam tym, że wybrałam drogę lepszą dla SIEBIE. czy to był egoizm? Nawet teraz kiedy to piszę obawy sklejają mi przełyk jakąś ciągnącą się mazią wyciskając całą siłą niemy płacz. Czy wybierając dla siebie, nie rozdarłam jej serca na połowę? czy kiedyś nie powie mi: mamo skrzywdziłaś mnie?

Niesamowite jest to co czuje mama do swojego dziecka. Moja Niebieska jest częścią mnie, czuję bicie jej serca, widzę jej ogromną miłość do świata, do ludzi, boli mnie kiedy ktoś jej dokucza, płaczę kiedy jest smutna. Gdybym mogła ochroniłabym ją przed wszystkim byle tylko mogła przejść przez życie z tą swoją boską ufnością. Wiem jednak, że nie mogę jej zamknąć pod kloszem ale cierpię, kiedy ktoś w brutalny sposób pokazuje jej, że świat nie jest taki przyjazny jak może jej się wydawać. Że otaczają ją również ludzie, którzy mogą nie kochać jej bezgranicznie.

Kiedy Niebieska się rodziła myślałam o tym, czy będę potrafiła nauczyć ją żyć w zgodzie z sobą, z własnymi przekonaniami. Cały czas myślę o tym, że rola Rodzica jest najtrudniejszą jaką mogłabym sobie wyobrazić. Mierzę się z tym każdego dnia. Czasem moja cierpliwość jest wystawiana na próbę, czasem czuję jak para uchodzi mi uszami ale wszystko wynagradza mi jej uśmiech.

Cieszę się, że mój Bóg obdarzył mnie tak cudowną dziewczynką. I wierzę, że nasza więź przetrwa wszystko.

Kiedy zabierałam się do pisania myślałam, że będzie to wpis z cyklu Strzały w 10. Niespodziewanie wyszło inaczej. Żeby nie popadać w nadmierną melancholię i jednak wpasować się w ten słoneczny dzień przytoczę komplement, którym ostatnio uraczyła mnie Córka.

Przyglądając mi się rano mówi słodko: wiesz mamo, jesteś szczuplejsza niż wieczorem.

ekhm ;) jak długo trwa rano?

środa, 13 czerwca 2012
o ranyyyyyyy .... :)

..... jak mi się marzą wakacje. Najchętniej jak zawsze w ciepłym, słonecznym miejscu. Na małej, cichej plaży....  Tam gdzie dni rozciągnięte od wschodu do zachodu słońca w przepięknym, kolorowym łańcuchu wykonywanych czynności byle jakich, raz po raz zdobionego drinkiem z palemką lub drzemką, po której trudno się zorientować w czasie.... Rozleniwienie totalne, ciało topniejące złocistą opalenizną. Cień łapany słonymi pocałunkami pod słońce, ramiona gorące, ziarna piasku w klepsydrze czasu słodko marnotrawionego, mrówka nie wiadomo skąd. Soczysta pomarańcza, zimny melon, wino... i Jego ręce blisko i Jego oczy wpatrzone w mój sen.

... się na starość robię naprawdę sentymentalna ... Jak pragnę podskoczyć ;P

 

obrazek ze strony http://www.insideafricanart.com/artists%20main%20pages/Tinga%20Tinga%203.htm

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13