RSS
sobota, 06 marca 2010
Na poczatku był chaos. A potem była Kobieta.

Boli, bardzo boli. To jedyne co potrafię opisać. Jestem pusta, nie ma we mnie nic. Czarna dziura. Ostatnim smakiem, który pamiętam to smak landrynkowych cukierków. Lepkich, różowych kulek które wpychałam do ust garściami, bez umiaru. Na zapas napełniłam nimi kieszenie i potem podjadałam w samotności. Jadłam, cukierek po cukierku raz po raz ze strachem zaglądając do kieszeni, czy to przypadkiem nie jest ostatni… Dziwne, że po takim obżarstwie nie rozbolał mnie brzuch tylko serce. I głowa od walenia w ścianę. Doszłam do muru. Po omacku, resztkami sił szukałam cegły, która okaże się kluczem do tajemnego przejścia. Obracam się wokół własnej osi coraz szybciej, jak opętana. Mur rósł w zastraszającym tempie. Jest coraz ciemniej i zimniej. Brakuje mi powietrza, tym razem nie ucieknę. Jestem na samym dnie studni. Czuję jak szorstki mur ściera moją skórę po kawałku. Co za koszmar.  Nikt tu nawet nie zajrzy. Nabierz tchu Szalo, to już ostatni raz. Krzycz ile sił. Ostatni raz. Jeżeli teraz nikt cię nie usłyszy – więcej razy nie będzie.

Był koniec lata, pogoda słoneczna, ciepło. Ucieszyłam się, że tam pojadę. Denerwowałam się? Chyba tak. Tak - na pewno. Uff… nareszcie, wszyscy już są. Uda mi się wyluzować? Mimo, że znałam wszystkich czułam się nieswojo. „Przepraszam na chwilę”. Pudrowanie nosa? Ha ha ha nie ma głupszego pretekstu do ucieczki. Co ja wyprawiam? Znowu to samo. Przecież chciałam tam być. Chciałam? Chciałam. Boję się? Czego? Ci ludzie są mi życzliwi. Uśmiechają się, żartują, prowokują do rozmów. „Weź się w garść Szalo!” huczało mi w głowie. Tak, tak. Trzeba się wyluzować. Uśmiecham się,  jednocześnie zastanawiając czy rozmówcy zauważyli w moich oczach strach, który czułam w środku. Ciekawe, kiedy pomylą mi się słowa, które bezmyślnie wypowiadam z tymi, które zapisują w głowie przebiegły plan. Już wiem …. czmychnę cichaczem…. Zmienię sandałki na tenisówki. Tak dobry pomysł. Robi się chłodno. Ucieknę na chwilę, opanuję oddech i wrócę. Odetchnę. Uciekam, uciekam, uciekam…. Ciągle uciekam……… Ukryć się. Jak najgłębiej, jak najdalej, jak najszybciej, w mysiej dziurze najchętniej. Biegnę na oślep.

Złapał mnie pod ciężkim, granatowym niebem. Gwiazdy spadały do wody jedna po drugiej, nawet nie zdążyłam wypowiedzieć życzenia. A może ono samo się wypowiedziało? Przecież w tamtej chwili dostawałam dokładnie to czego pragnęłam, za czym tęskniłam, czego dawno nie czułam. Ramiona stanowczo zagarniały mnie do siebie. Na chwilę byłam bezpieczna. Brązowy zapach trzcin uwodził i ośmielał….

Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęłam  blednąć, tracić blask, zapadać się w sobie tak bardzo, że w końcu nie było mnie wcale. Straciłam siebie do tego stopnia, że zaczęłam udawać. Jaka była ze mnie wspaniała aktorka.  Na zawołanie stać się kimś innym to prawdziwa sztuka przecież. Dusza towarzystwa? Nie ma sprawy – za chwilę będę wesołą Szalo. Uwodzicielka? Bardzo proszę, tylko podkręcę rzęsy. Zbawić świat? Jasne - udźwignę wszystko, bo kto inny jak nie ja? „Jeżeli ty stracisz wiarę, jeżeli ty nie podniesiesz nas na duchu, to kto to zrobi?” - mówili wszyscy. Tylko kto mnie przygarnie, kto mnie przytuli? Ja też płaczę! Potrzebuję pomocy, krzyczałam w duchu, wykończona po kolejnym dniu odgrywania przeróżnych ról.

Tamtej nocy, jeszcze zanim nastał świt zrozumiałam, że dzieje się coś ważnego, że te kilka czułych chwil są początkiem mojej drogi. Uświadomiłam sobie jak bardzo zaniedbałam siebie biegając jak szalona, spełniając oczekiwania innych, próbując dopasować się do „standardów”, na siłę wejść w i tak za ciasną foremkę. Uświadomiłam sobie jak bardzo jestem smutna, jak zagubiona, jak rozpaczliwie potrzebuję bliskości. Zauważyłam też, że w moim własnym życiu nie ma miejsca dla MNIE. Szalo jaką znałam od lat, siedziała skulona, prawie przezroczysta w najdalszym zakątku mojego wnętrza. Czułość Mężczyzny sprawiła, że policzki nabrały rumieńców, usta stały się bardziej czerwone, krew zaczęła krążyć w żyłach odważniej. Zaczęłam nabierać barw. Czułość Mężczyzny uświadomiła mi jak bardzo czuła po kobiecemu powinnam zacząć być dla siebie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak trudna droga mnie czeka. Dziś mimo, że podróż ciągle trwa, coraz łatwiej mi z moją, wtedy na nowo odkrytą, otulona mgiełką błękitnego zapachu kobiecością. Iskierka, która rozbłysnęła pod rozgwieżdżonym niebem stała się płomieniem, ogniem, moją mocą. Dała mi siłę jakiej do tej pory nie znałam. Z coraz większym spokojem przechadzam się po wyściełanych pluszem zakamarkach mojej duszy. Miękkie, fioletowe poduszki wytrzepane z kilkuletniego kurzu zachęcają do odpoczynku, promienie słońca odważnie przenikają przez czyste szkło ozdobionego muślinową wstążką słoika. Powoli napełniam go niebieskimi, brązowymi i srebrnymi kulkami. Tak innymi od tych różowych, mdłych, okrągłych cukiereczków.  Te nowe kulki są inne – szklane, gładkie i przejrzyste. Lubię ich wesoły, brzęczący dźwięk. Jest ich coraz więcej. Często wysypuję je ze słoika, przyglądam się każdej z osobna, obracam w palcach. Cieszą mnie, mimo, że nie wszystkie są doskonałe, kilka z drobnymi rysami, niektóre trochę potłuczone. Każda z nich jest ważna. Przynoszą szczęście więc je rozdaję. Jedną już zamknęłam w dużej, szczupłej dłoni jako symbol ważnej przemiany. Na szczęście. Na dobry początek.

*

Ten tekst darzę sentymentem. Powstał na kanwie pewnego opowiadania, które napisałam w zamierzchłej przeszłości i w związku z nią. Jest dopowiedzeniem niedopowiedzianego. Właściwie też swojego rodzaju podziękowaniem. A przede wszystkim potwierdzeniem, że emocje inspirują, dają przestrzeń, rozwijają.